Styl życia

Czarne lustro przyszłości

Wirtualna rzeczywistość udająca prawdziwą? Oszukiwanie zmysłów? Masowe systemy punktowej oceny ludzi? Czy popkulturowe wizje technologii przyszłości są tylko grą wyobraźni, czy może jednak przejawem intuicji pozwalającej przewidzieć, jak będzie kiedyś wyglądać nasza cywilizacja?

Być może czytając te słowa siedzicie teraz przed komputerem zadowoleni i spokojni, pijecie herbatę i w przerwie między kolejnymi akapitami przeglądacie Facebooka i pocztę. Nie gwarantuję jednak, że utrzymacie ten spokój do końca lektury, tak jak nietrudno zaufać technologiom po obejrzeniu trzeciego sezonu serialu ,,Black Mirror”. UWAGA: SPOILERY!

,,Black Mirror”, jeśli jakimś cudem jeszcze tego nie wiecie, to serial Charliego Brookera, który stał się sławny nie tylko za sprawą świetnego aktorstwa, ścieżki dźwiękowej, realizacji itd., ale i jasnowidztwa. Tak, tak – jasnowidztwa. Pierwszy odcinek całej serii, wyemitowany w 2011 ,,The National Anthem” traktował o przedziwnym żądaniu porywaczy, którzy uprowadzili fikcyjną księżną Zuzannę. By ją ocalić, premier kraju Michael Callow musi odbyć, powiedzmy, rendez-vous ze świnią, transmitowane na żywo przez stacje telewizyjne w całej Wielkiej Brytanii. Cztery lata później na jaw wyszła historia rzekomej inicjacji premiera Davida Camerona w organizacji studenckiej, która polegała na…. no cóż, zatrzymamy się na tym, że w skandalu znanym jako Piggate też chodziło o seks i świnię.

Dlaczego więc emitowany na Netfliksie trzeci sezon serialu nie miałby być zapowiedzią innych wydarzeń, w tym powstania koszmarnych metod na kontrolowanie społeczeństwa za pomocą technologii?

men_against_fire
,,Men Against Fire” – technologia w służbie nienawiści

Weźmy na tapetę jako pierwszy odcinek sezonu pod tytułem ,,Men Against Fire”. To ponura – bo i wszystko w ,,Black Mirror” dość ponure – wizja wojska przyszłości. Kiedy rzecz się dzieje, nie wiadomo, ale pewne jest, że w świecie za kilkadziesiąt (-set?) lat wciąż będziemy toczyli wojny z innymi, kimkolwiek owi inni będą. W przypadku serialu inni to ,,karaluchy”, jak nazywają wszyscy te zombipodobne stwory, zagrażające podobno wirusami ludzkości. Żołnierze rozprawiają się z nimi bez skrupułów i nie dziwota: ,,karaluchy” wyglądają i brzmią koszmarnie, niczym z ,,Walking Dead”. Sęk w tym, że jeden z wojskowych zauważa u siebie dziwne, przypominające chorobę symptomy. Oto objawy: zaczyna czuć zapachy, słyszeć śpiew ptaków, a co najważniejsze, ,,karaluchy” zaczynają wyglądać w jego oczach jak zwykli, przerażeni ludzie.

Okazuje się, że to wina zepsutego chipu wmontowanego przez wojsko w jego mózg. Chip poszerzonej rzeczywistości sprawiał, że żołnierz widział swoich wrogów jako wredne, groźne istoty (o czym on sam nie wiedział, jako że chip powodował także częściową amnezję). Kto pamięta, jak naziści zdehumanizowali Żydów, ten wie, że w ten sposób łatwiej eksterminować przeciwnika.

Zastanówmy się, na ile realny to wynalazek? Kiedy możemy się go spodziewać, czy raczej – obawiać? Wydaje się, że nie prędko. Sama rozszerzona rzeczywistość nie jest niczym nowym, podobnie jak łatwość przeróżnych aplikacji smartfonowych do deformowania oglądanych twarzy, niedawno Prisma wypuściła jedną z nich, umożliwiającą wirtualne nałożenie maski na Halloween. Pracują nad tym także naukowcy z University of Erlangen-Nuremberg, Max Planck Institute for Informatics i Stanford University we wspólnym projekcie Face2Face.

Tak wygląda on w działaniu:

Czy możliwa byłaby opcja, aby aplikacja AR zniekształcała twarze tylko części widzianych osób? Jak najbardziej, w związku z tym, że rozpoznawanie twarzy to dla dzisiejszych komputerów coraz łatwiejsza sprawa. Cały szkopuł tkwi w umieszczeniu urządzenia AR bezpośrednio w mózgu. Bo jaki byłby sens używania zniekształcających wizję i fonię aplikacji, skoro żołnierz mógłby zdjąć hełm AR, czy specjalne gogle i słuchawki? To wydaje się nie do przeskoczenia.

Choć kto wie, bo rok temu ludzie z DARPA, amerykańskiego projektu rządowego zaproponowali coś w rodzaju modemu wmontowanego w mózg, który umożliwiałby wizję rodem z ,,Robocopa”. Wszystko opierałoby się na optogenetyce, czyli, w skrócie, precyzyjnym włączaniu i wyłączaniu neuronów w mózgu za sprawą reagujących na światło protein. Mniejsza o technikę, ważne, że do wprowadzenia wszystkich tych rzeczy mamy jeszcze, być może, kilka dekad. Kamień z serca? Powiedzmy.

Gorzej z pomysłami w odcinku ,,Nosedive” z trzeciego sezonu, bo to właściwie teraźniejszość. No, z pewnymi modyfikacjami. W ,,Nosedive” główna bohaterka, grana przez Bryce Dallas Howard Lacie Pund to chodzący ideał. Przynajmniej na pozór. Jest uśmiechnięta, zadbana, mówi komplementy niemal każdej napotkanej osobie, dajce małe prezenciki ludziom w pracy, po prostu cud. Tyle że na pokaz.

black-mirror-nosedive
W ,,Nosedive” jesteśmy nieustannie oceniani

Bo w rzeczywistości Lacie robi to tylko dla zdobycia punktów w statusie społecznym. Dosłownie. Tak jak przy wystawianiu średniej ocen w szkole czy w recenzji płytowej w serwisie Pitchfork, w przyszłości każdy obywatel ma przyznaną pewną liczbę punktów. Widzą je, wyświetlane na twarzach (za sprawą obowiązkowych elektronicznych soczewek) i ekranach smartfonów, wszyscy inni obywatele. Punkty decydują o społecznym być i nie być. Masz średnią powyżej 4.5? Szczęściarzu, masz szansę na lepszą pracę, lepszy kredyt, podróż w wyższej klasie i dobrą obsługę w lokalu. Masz poniżej 3.0? Nie licz na randki z lokalnymi pięknościami, ani przyjaźń z nikim znanym.

Punkty dostaje się od innych i samemu się je przyznaje, za pomocą aplikacji. Może ktoś podwyższy nam średnią po tym, jak obdarzymy go pięknym uśmiechem na ulicy albo przepuścimy w kolejce? Ale istnieje ryzyko: oblej przypadkiem nieznajomą w restauracji kawą, a zaraz oberwiesz jedną gwiazdką. A po jakimś czasie takiego obrywania znajdziesz się na samym dole drabiny społecznej.

,,Black Mirror” to rzadkiej pomysłowości serial

Odcinek jest tak pomysłowy i zabawny, że przez chwilę można zapomnieć, o jak realnych rzeczach tu mowa. Wie to każdy, kto kiedykolwiek korzystał z Ubera i sekundę po wyjściu z auta sprawdził, jak ocenił go kierowca. Naprawdę nieśmiesznie robi się zaś, kiedy po raz kolejny ,,Black Mirror” udowadnia swój profetyzm na przykładzie Chin. Niedawno władze tego kraju oświadczyły, że zastanawiają się nad wprowadzeniem tego typu rozwiązania. Ocenę jednak wystawiałby rząd, na podstawie danych o każdym Chińczyku zebranych w sieci. Kto zaliczy wpadkę punktową, nie dostanie kredytu albo zgody na wyjazd z kraju. Jest nawet przewidywany termin wprowadzenia systemu – rok 2020.

Nie mamy serca spoilerować odcinka o nazwie ,,Playtest”, skrócimy więc opis wydarzeń. Niejaki Cooper podróżuje po świecie, kończą mu się pieniądze, decyduje się więc wziąć udział w teście tajemniczej gry komputerowej, w której poszerzona rzeczywistość dostępna jest dzięki chipowi wszczepionemu w kark, bez pośrednictwa jakichkolwiek urządzeń. Cooper w chwilę po zainstalowaniu urządzenia widzi przed oczami coś na kształt trójwymiarowej wesołej zręcznościówki w stylu ,,Whac-A-Mole”, ale później przenosi się wprost do horroru. Tym straszniejszego, że nie sposób odróżnić w nim stwora z gry od realnego zagrożenia, a prawdziwego bólu od tego spowodowanego chipem. Zaskakujący finał odcinka daje do myślenia, ale równie wiele pytań pojawia się w związku z samą technologią. Wszczepiony w kark chip, ból, wizje, dźwięki. Brzmi jak z rosyjskiego przysłowia o ciągnięciu tygrysa za wąsy: i straszno, i śmieszno.

playtest
W ,,Playtest” naiwny Amerykanin pakuje się wprost do horroru VR

,,Playtest był znakomity i teoretycznie możliwy, ale jesteśmy od takiej technologii lata świetlne”, skomentował Shawn Hitchcock, który stworzył grę VR ,,Emily Wants to Play”, ,,Więc – póki co – jeśli ktoś zechce ci wmontować coś w kark, nie pozwól mu!”

Największą trudnością w tym przypadku jest brak interfejsu mózg-komputer. Nawet najwięksi entuzjaści, czy może szaleńcy z Krzemowej Doliny nie próbują majstrować przy układzie nerwowym, jako że wbijanie czegokolwiek w kark, by to coś połączyło się bezpośrednio z mózgiem (a mowa o komunikacji w obie strony: od mózgu do urządzenia i z powrotem), może mieć katastrofalne skutki, łącznie z paraliżem ciała. Ale nie mówmy ,,hop”, nie takie koszmary fundowali nam już entuzjaści z branży nowych technologii.

Chciałbyś żyć wiecznie? Czy też raczej ,,wiecznie”, trafiając po śmierci do symulacji komputerowej, w której byłbyś, powiedzmy, młodym mieszkańcem uroczej, nadmorskiej miejscowości? To sedno opowieści z ,,San Junipero”, najpiękniejszego odcinka całego ,,Black Mirror”. W przyszłości wykreowanej przez serial naszą jaźń można skopiować na dysk twardy i wmontować ją w dowolne otoczenie. Na przykład wspomnianą miejscowość nad morzem, zwaną San Junipero. Co więcej, możemy określić, w jakich latach będzie żyć nasza ,,komputerowa dusza”, czy będzie odczuwać ból, oraz ile lat będzie mieć nasz awatar.

Black Mirror
Romantyczna wizja z ,,San Junipero” to wyjątek od ponurego klimatu serialu

Trudno powiedzieć, czy taka wizja to raj, czy piekło, ale to bez znaczenia, bo ,,San Junipero” jest najbardziej ,,fiction” odcinkiem całego dzieła Brookera. Nie chodzi nawet o to, że musielibyśmy poznać na wylot nasz mózg, co próbuje zrobić program Human Brain Project, ale że samo zrozumienie ludzkiej jaźni jest dla nas równie niedostępne co tysiąc, sto, czy dziesięć lat temu.

Żeby podać argument – rosyjski biznesmen Dmitry Volkov, założyciel Moskiewskiego Centrum Badań nad Świadomością, zorganizował na Grenlandii konferencję na ten temat. Trzydziestu naukowców i studentów przez tydzień spierało się nad zagadnieniem ludzkiej świadomości. Czym jest? Czym nie jest? Jak ją zdefiniować.

Efekt konferencji: wiele ciekawych rozmów, koleżeńska atmosfera, a także brak jakichkolwiek wspólnych ustaleń i konkluzji.

Wydaje się, że przynajmniej w tym przypadku przyszłość nie odbije się w czarnym lustrze.

 

Ilustracja główna: kadr z ,,Nosedive”

Udostępnij ten artykuł

Podobne tematy

Styl życia

Przeczytaj w następnej kolejności