Jestem wystarczająco stary, by pamiętać kolejki z lat osiemdziesiątych i dość młody, aby zachować je w słodkiej formie dziecinnego wspomnienia, tam gdzie zalegają akwaria pełne trocin z chomiczym łajnem, rżnięcie w piłkę do nocy i proca zrobiona z leszczynowego patyka oraz paska wyciętego z gumowej rękawiczki. Największy problem stanowił cukier, przydzielany w oszałamiającej wysokości kilogram na łeb, raz w miesiącu. Małoletnia ma głowa również otrzymała przydział i mama ciągnęła mnie pod sklep gdzie wiła się kolejka na, lekko licząc, sto osób. Niewiele z tego rozumiałem i chyba uważałem nawet, że doskonale poradzimy sobie bez cukru. Wystarczy jeść landrynki, mówiłem. Kolejka emanowała rezygnacją, ale i pasywną złością. Ludzie wściekali się, bo mieli lepsze do roboty, innego ogonki do wystania, chore niemowlęta i pijanych współmałżonków.

Na bocznej ścianie sklepu znajdowało się barbarzyńskie graffiti w dwóch kolorach, czarnym i czerwonym. Schematycznie nakreślona figurka okładała drugą, schematycznie nakreśloną figurkę, wołając: „woe, woe, woe”. Nie rozumiałem, co to znaczyło. Nie wiem też, czy grafiiti pojawiło się tam ze względu na stałą obecność kolejek, czy z jakiegoś zupełnie innego powodu. Myślę, że spełniało ważną funkcję społeczną – kanalizowało złość. Ludzie narzekali, jakie to jest brzydkie i wygrażali tajemniczemu autorowi. Gdyby graffiti zniknęło, musieliby znaleźć sobie nowy powód, aby się złościć.

Patrzę na tłumy wystające pod salonami Apple’a i z trudem tłumię okrzyk niewiary. Ludzie kłębią się jak zwierzęta przed Arką albo rozkładają wygodnie na przyniesionych leżaczkach. (…) Wylewają się na ulice. Oklaskują wbiegających pracowników, a ich oczy lśnią niepokojącą, paranoiczną radością.

Kiedy dwadzieścia pięć lat temu odtrąbiono koniec kolejek, to wierzyłem, że rzeczywiście tak będzie. Zapisy, komitety kolejkowe i wystawanie wszystkiego miały przynależeć do świata zgniłej przeszłości. Przez długi czas rzeczywiście tak było. Patrzę sobie na tłumy wystające pod salonami Apple’a i z trudem tłumię okrzyk niewiary. Ludzie kłębią się jak zwierzęta przed Arką albo rozkładają wygodnie na przyniesionych leżaczkach. Ci to czekają od kilku dni i poczekają diabeł wie, jak długo – data premiery długo pozostawała zagadką. Wylewają się na ulice. Oklaskują wbiegających pracowników, a ich oczy lśnią niepokojącą, paranoiczną radością. Dochodzi do przepychanek. Wojciech Pietrusiewicz, koczujący (ufam, że wyłącznie z przyczyn zawodowych) w Dreźnie pisze o Arabach, którzy na grandę przepchali się do przodu, jak stawiają opór policji, krzycząc „Allah Akhbar!”. Szczęśliwsi płacą grube pieniądze i odchodzą, unosząc relikwie postnowoczesności w gustownym, białym pudełku.

Najłatwiej załamać ręce, powiedzieć, że świat oszalał albo młodym poprzewracało się tu i ówdzie od dobrobytu. Moja mama twierdzi, że tak mogłaby stać tylko po lekarstwa, nic innego.

Świat nie oszalał, lecz zawsze był szalony, a jego obecne szaleństwo różni się od wszystkich poprzednich szaleństw jedynie sposobem wyrazu. Przed wojną ludzie zabijali się o terminy u spirytystów, oferujących kontakt ze zmarłymi krewnymi. Amerykanie od lat tratują się w Czarny Czwartek, szturmując supermarkety.

Jestem pewien, że gdyby Apple zorganizowało tor przeszkód jak z Indiany Jonesa, najeżony kolcami, zapadniami, z basenem pełnym głodnych krokodyli, chętni pozabijali się o samą możliwość uczestniczenia w takiej zabawie.

Nie zgadzam się z tym. Świat nie oszalał, lecz zawsze był szalony, a jego obecne szaleństwo różni się od wszystkich poprzednich szaleństw jedynie sposobem wyrazu. Przed wojną ludzie zabijali się o terminy u spirytystów, oferujących kontakt ze zmarłymi krewnymi. Amerykanie od lat tratują się w Czarny Czwartek, szturmując supermarkety. Na pierwszy rzut oka kolejki przed salonami Apple stanowią nic więcej jak manifestację wierności ukochanej firmie i okazję do przeżycia nędznej, ale jednak – przygody. Kolejka, czyli coś, co dawniej było smutną koniecznością, dziś stanowi okazję do urozmaicenia sobie życia. Jestem pewien, że gdyby Apple zorganizowało tor przeszkód jak z Indiany Jonesa, najeżony kolcami, zapadniami, z basenem pełnym głodnych krokodyli, chętni pozabijali się o samą możliwość uczestniczenia w takiej zabawie.

Ważną rolę ogrywa potrzeba przynależności. Gdybym był fanatycznym wielbicielem Apple’a, to cieszyłbym się perspektywą poznania podobnych sobie osobników. Pojechałbym dalej niż do Drezna, aby ich spotkać. Stojąc przez te dni, rozmawiałbym o modelach telefonów, tabletach i aplikacjach (oraz innych sprawach, o których nie mam pojęcia, znanych jedynie wtajemniczonym), znajdując w interlokutorze entuzjazm podobny mojemu. Widziane z tej perspektywy, dziwactwo wielbicieli firmy z jabłuszkiem jest niczym więcej, jak tylko – dziwactwem właśnie. Sam na ten przykład jestem starym metalowcem i poszukuję podobnych sobie głupców na klubowych koncertach, durni takich jak ja, w koszulkach z nadrukami. Wiem jak to jest być dziwadłem i jak doskwiera potrzeba znalezienia się wśród swoich. Taka kolejka, dodajmy, to jedna z nielicznych okazji do takiego spotkania. Drugi człowiek jest dzisiaj tylko ikonką na ekranie smartfona.

Oto stoję od dziesięciu dni pod jakimś eleganckim sklepem i czekam, aż rzucą tablety. Śpię pod murem jak kloszard. Jem śmieciowe jedzenie, ewentualnie kanapki przyniesione przez zapłakaną matulę, wypróżniam się w toytoyu i śmierdzę. Ostatnie godziny spędzam w ścisku, życząc wszystkim śmierci.

Obawiam się, że chodzi jednak o coś innego. Pietrusiewicz twierdzi, że 90 proc. oczekujących to handlarze, z niejakim przerażeniem dopisując coś o sygnetach i złotych łańcuchach. Sprzęt nabyty w dniu premiery zostanie sprzedany po wygórowanej cenie. Wielu z oczekujących przybywa promować aplikacje własnej roboty, a miejsce, które zajęli, zostało sowicie opłacone. Aplikacje jednak schodzą, co wydaje się w pełni zrozumiałe. Skoro czekam od wielu dni śmiertelnie się nudząc, uczynię wszystko, aby moje poświęcenie uczynić sensownym. Zakup tej cegły, przypadkowej aplikacji, spełnia tę potrzebę. Jest przystawką przed daniem głównym.

Wygląda więc na to, że kolejka przed sklepami Apple (choć wciąż przerażająca) wyróżnia się pewnym dziwacznym rodzajem sensowności, oferując poczucie przynależności i możliwość zarobku. Przekłada się też na pozytywną opinię o wyczekiwanym produkcie. Powracam do wcześniejszego wyobrażenia: oto stoję od dziesięciu dni pod jakimś eleganckim sklepem i czekam, aż rzucą tablety. Śpię pod murem jak kloszard. Jem śmieciowe jedzenie, ewentualnie kanapki przyniesione przez zapłakaną matulę, wypróżniam się w toytoyu i śmierdzę. Ostatnie godziny spędzam w ścisku, życząc wszystkim śmierci. Wreszcie przychodzi upragniona chwila. Sprzedawczyni, jaśniejąca jak Pani z Medugorje, łaskawie przyjmuje pieniądze i obdarza białym pudełkiem. Czy przetrwawszy to wszystko będę narzekał? Czy powiem, że nowy tablet jest gorszy od poprzedniego? Oczywiście, że nie. Wręcz przeciwnie, będę wychwalał nowy produkt i przekonywał wszystkich, że to najlepsza rzecz na świecie od wynalezienia koła, choćby sprzedali mi kupkę trocin pod szklanym ekranikiem. Jako wyznawca postaram się, aby moja opinia była odpowiednio wyrazista i szeroko dostępna. Zrobię wszystko, by zagłuszyć tych, którzy ośmielili się mieć inne zdanie. Oto promocja co się zowie. Bez jednego dolara kosztów.

Inne koncerny wdzięczą się do odbiorców, Apple dystansuje się od nich, a nawet stwarza okazje do upokorzeń – okazało się, że rozpieszczeni konsumenci łakną właśnie tego.

To wszystko prowadzi do bardzo szczególnej polityki promocyjnej prowadzonej przez Apple. Doprawdy, nie wiem, co o niej sądzić – jestem trochę zafascynowany, a trochę przerażony, jakbym spojrzał w twarz diabła, piękną i bezlitosną. Inne koncerny wdzięczą się do odbiorców, Apple dystansuje się od nich, a nawet stwarza okazje do upokorzeń – okazało się, że rozpieszczeni konsumenci łakną właśnie tego. Inni zabiegają o dostępność swoich produktów – Apple przeciwnie, wymaga niespotykanego wysiłku, przynajmniej w wypadku premiery. Wreszcie, każdego uczono, że czasem trzeba zejść z ceny, a przynajmniej skorelować ją z jakością. Sieć jest pełna porównań parametrów jabłuszkowego sprzętu z ofertą konkurencji. Trudno o klarowniejszy wynik. Co z tego? Nie widziałem, aby ktoś czekał kilkanaście dni na nowy telefon z Androidem.

Kolejki pod sklepami Apple’a wciąż budzą moje przerażenie, postawa firmy, nazwijmy to delikatnie – wpędza w konfuzję

Kolejki pod sklepami Apple’a wciąż budzą moje przerażenie, postawa firmy, nazwijmy to delikatnie – wpędza w konfuzję. Reakcja ludzi, gotowość do stania, czekania, kręcenia przy tym najróżniejszych wałków i interesików wskazuje, że to właśnie oni mieli rację, nikt inny. A ponieważ chcieliśmy tego oczekiwania, ponieważ sami na to przystaliśmy, znaczy – zasługujemy. Poza tym, przecież nic takiego się nie dzieje. Raz na jakiś czas wybucha histeria. I tyle. Odnoszę jednak wrażenie, że tajemniczy grafficiarz sprzed trzydziestu lat okazał się prorokiem, a jego dzieło zstąpiło z muru i żyje między ludźmi. Potężna figura wali po łbach wszystkich, którzy ją odwiedzą i pięknie poproszą o uderzenie. Krzyczy przy tym: woe, woe, woe. Wtedy nie znałem znaczenia tego słowa.

Dziś już wiem. Woe to po angielsku biada.

Udostępnij ten artykuł

Podobne tematy

Styl życia

Przeczytaj w następnej kolejności

Read Full Story