STEM

Błażej Pascal przygląda się burzy

Filozof Błażej Pascal deklarował publicznie brak zainteresowania zjawiskami pogodowymi. Twierdził, że ma swoje wewnętrzne deszcze, burze i słoneczne dni wewnątrz siebie; żadne inne nie były mu potrzebne. Wydaje mi się to godne podziwu, a nawet heroiczne. Życie Pascala przypadło na małą epokę lodowcową, a chłód musiał dotrzeć nawet do ówczesnej stolicy świata, Paryża, gdzie twórczo rozmyślał ów filozof. Zapewne wszyscy wokół narzekali, patrząc w niebo i to go zdenerwowało. Bardzo podobają mi się te słowa, być może nawet życie wewnętrzne jest ciekawsze od zewnętrznego. Właśnie wróciłem do domu, robię sobie herbatę, rozmyślam o Pascalu, ale i o tym, że mogłoby być odrobinę cieplej.

Inny filozof, daleko mniej znany – Jan Stachniuk, nacjonalista międzywojenny, twórca neopogańskiej „Zadrugi” – miał odmienne zdanie odnośnie pogody. Uwiedziony gwałtownym postępem technologicznym (Samoloty! Sterowce! Radio! Film!) twierdził, że ów postęp będzie postępował dalej i do końca XX wieku ludzkość zyska pełną kontrolę nad zjawiskami atmosferycznymi. Ten pogląd, z dzisiejszej perspektywy, razi naiwnością, wówczas jednak miał pewne uzasadnienie. Przez moment pomyślałem, że życzyłbym sobie pogody na zamówienie. Wyobraziłem sobie jednak, jak lud polski, i tak zwaśniony ponad miarę drze koty o to, czy ma być słońce czy też deszcz i mi natychmiast przeszło.

Tornado (Wikimedia Commons)
Tornado (Wikimedia Commons)

Pogoda drażni, bo nic z nią nie można zrobić. Jak pi…dzi, pi…dzić będzie, pardon my french. Pascal ze Stachniukiem ucieleśniają dwie postawy skrajne, ale i powszechne. Chcielibyśmy rządzić pogodą albo znaleźć dość wewnętrznej wolności, aby przestała nas obchodzić.

Prasłowianie próbowali zakląć pogodę w trosce o swoje plony. Wyprowadzali w tym celu na pole dziewczynę odzianą jedynie w liście i gałęzie. Symbolizowała Dodolę, żonę potężnego boga Peruna. Wokół płonęły ogniska. Niepokoiły się zwierzęta ofiarne. Ludzie polewali dziewczynę wodą, śpiewając:

Oj Dodolo, bożko miła

Daj, bożko, daj!

Nichbyś deszczem porosiła!

Oj Dodolo, bożko miła

Od dwóch kłosów worek żyta

Oj Dodolo, bożko miła

Od dwóch gronów dzbanek wina

Oj Dodolo, bożko miła

Daj, bożko, daj!

Blaise Pascal
Blaise Pascal

Pod koniec XIX wieku amerykański Senat – świadom obecności licznych zaklinaczy deszczu, uprawiających swój proceder na terenie południowych stanów – przeznaczył dziewiętnaście tysięcy dolarów na stosowne testy. W tamtych czasach była to góra pieniędzy. Chodziło o weryfikację zaklinaczy deszczu i ich metod. Ekipa, kierowana przez niejakiego Roberta Dyrenfortha zachowała się jak na prawdziwych naukowców przystało, nie dochodząc do jednoznacznych wniosków, no bo padało albo nie. Dziś zawód zaklinacza deszczu znajduje się w zaniku. Albo inaczej – naukowcy niekiedy wchodzą w buty zaklinaczy.

Ponoć Chińczycy, organizując olimpiadę, majstrowali przy pogodzie, rozganiając chmury. Dbali w ten sposób, by deszcz nie zrosił dzielnych sportowców, a zwłaszcza kibiców i ich drogocennych portfeli. Już w 1992 roku Rosja oferowała Malezji ochronę przed tajfunami, oczywiście za stosowny grosz. Transakcja nie doszła do skutku, chodziło zresztą o ochronę pól naftowych, a nie ludzi. Na terenie Zjednoczonych Emiratów Arabskich wywołano aż 52 burze, w tym przynajmniej jedną gradową. Zainstalowany system jonizujący generował ujemnie naładowane cząstki, które wywołały deszcz. Lunęło, dodajmy, z bezchmurnego nieba, dodając szczyptę surrealizmu do sukcesu eksperymentu. Całość nadzorował Instytut Plancka. System jest już gotowy. Oznacza to, że można go kupić.

Anteny badawcze projektu HAARP pracujące z częstotliwością 30 MHz (CC BY 3.0)
Anteny badawcze projektu HAARP pracujące z częstotliwością 30 MHz (CC BY 3.0)

Jak w tym wszystkim sytuuje się HAARP (High Frequency Active Auroral Research Program)? HAARP był stosunkowo mało znanym programem obronnym, jednym z wielu, jakie instalują sobie Amerykanie. Heca w tym, że pojawiły się pogłoski, jakoby posiadał zdolność kontrolowania pogody w najbarwniejszych jej przejawach. Chodzi o generowanie tajfunów, rzecz jasna. Coś takiego niejasno sugerował Sekretarz Obrony William Cohen już w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. David Walker, wysoko postawiony naukowiec z sił powietrznych powiedział wprost, że HAARP stworzono właśnie w takim celu. Uczynił to, narzekając na zamknięcie całego projektu. Jego zdaniem kontrolowanie pogody przydałoby się Amerykanom ze względów militarnych. Nietrudno domyśleć się, o co mu chodzi. W końcu przeprowadzenie pokojowej interwencji przy pomocy huraganu może być mniej kosztowne, no i nie wiąże się z koniecznością powrotu amerykańskich chłopców w trumnach.

Techniczne szczegóły programu HAARP są utajnione, zresztą nic bym z nich nie zrozumiał. Wiadomo, że to efektowna konstrukcja – las słupów połączonych kablami, rozmieszczonych na planie gigantycznego prostokąta – zdolnych do emisji prawie dwóch miliardów watów w jonosferę. Nic nie umiem i nic nie wiem, ale wydaje mi się, że taka siła musi coś znaczyć i kto wie, czy kiedyś na mój dom nie znaczna spadać grad wielkości świni.

Piszę to wszystko – o Pascalu, zaklinaniu deszczu i teoriach spiskowych – tylko po to, aby opowiedzieć o czymś zupełnie innym, o drobiazgu, który rozbawił mnie i ucieszył. Mianowicie, urządzenie o nazwie Tempescope opuściło fazę testów i szykuje się do wejścia na rynek, a to za sprawą funduszy zebranych w kampanii crowdfundingowej. Tempescope przypomina nieco akwarium postawione na krótkim boku. W jego wnętrzu mogą zaistnieć burze i deszcze, a także sztuczne słoneczko. Twórcy pracują nad śniegiem. Tempescope jest bowiem niczym więcej jak symulatorem pogody w zamkniętej przestrzeni, taką burzą w szklance wody na miarę XXI wieku. Burza w szklance wody, chętnie dopowiem, to nie metafora, ale wynalazek z początku osiemnastego wieku, który służył marynarzom do prognoz meteorologicznych.

Tempescope w tej chwili kosztuje dwieście dolarów, przygotowano dwa tysiące sztuk. Teoretycznie ma służyć do wizualizowania pogody na jutro, a to dzięki połączeniu ze stosownymi serwisami w internecie. Jego zastosowanie na tym się nie kończy. Gdybym kupił sobie to cudowne, bezużyteczne ustrojstwo, mógłbym włączać w nim taką pogodę, na jaką miałbym ochotę. Mógłbym też wkładać do środka najróżniejsze przedmioty. Zobaczyłbym, jak wygląda kwiat, na który pada gęsty śnieg. Dawno nie byłem tak zachwycony żadnym pomysłem technologicznym, tak ze względu na jego piękno wizualne, jak i urok zamysłu. Ludzie, wciąż bezradni wobec pogody, zamknęli ją w pudełku i teraz mogą nią rządzić jednym naciśnięciem pilota. Przypominają króla zarządzającego Słońcem, na którego natknął się Mały Książę.

Wyobraźnia popycha tę ideę dalej. Skoro Tempescope potrafi we wtorek nadać pogodę na środę, to dlaczego nie mogłaby odwzorować ludzkich nastrojów? Nie mam na myśli siebie, lecz Błażeja Pascala. Naprawdę chciałbym zobaczyć Pascala, jak idzie przez Paryż. Jest zasmarkany kwiecień, tnie lodowaty wiatr. Pascal wchodzi do siebie. Rozpala kaganki, zdejmuje płaszcz i buty. Jest drobnym, kruchym mężczyzną o zniszczonej cerze. Pukle długich włosów opadają na łopatki, lecz łysina osiągnęła już szczyt czaszki i szykuje się do zejścia na potylicę. Pascal idzie przez pokój wypełniony książkami i siada przed Tempescope. Sztuczne światło pada na smutne oczy osadzone nazbyt blisko wielkiego, ostrego nosa. Blaise Pascal spogląda na swoje burze, wiatry i słońca, obserwuje własny wewnętrzny deszcz, który jakimś cudem znalazł się na zewnątrz i widzi już, jak mu jest.

Udostępnij ten artykuł

Podobne tematy

Rozrywka

Przeczytaj w następnej kolejności