Game On!

Dwa miliardy godzin „Minecrafta”

W latach pięćdziesiątych wielki polski poeta Konstanty Ildefons Gałczyński otrzymał propozycję napisania i wygłoszenia referatu na temat osiągnięć technicznych, gospodarczych i urbanizacyjnych Polski Ludowej. Przystał na tę ofertę, świadom wysokich kosztów swojego życia poetyckiego. Przybywszy na miejsce zasiadł przed publicznością, otworzył najnowszy rocznik statystyczny i zaczął czytać na głos. Gdy minęła godzina, zamknął rocznik i rzekł:

– W świetle tych faktów, cóż mogę dodać?

Każdego dnia „Minecraft” znajduje jedenaście tysięcy nabywców.

Duńczycy w celach edukacyjnych odtworzyli w „Minecrafcie” całe swoje państwo. Cóż, nie jest to kraj rozległy, lecz rozrzucony po bałtyckich wyspach i na wietrznym cyplu Jutlandii. Mieszkałem trochę w Kopenhadze i to miasto nawet w rzeczywistości wygląda na wywiedzione z uniwersum tej gry. Jest kanciaste i dokładnie rozplanowane.

 

Dania odtworzona w całości w Minecrafcie”:

„Minecraft” jest najpopularniejszą grą w Xbox Live. Gracze łącznie poświęcili dwa miliardy godzin na tę zabawę. Dwa miliardy. Jak wyliczył Connor Sheridan z gamesradar.com, daje to łącznie 230 000 lat. Prawie ćwierć miliona. Mniej więcej tyle czasu minęło od dnia, kiedy pan neandertalczyk zaprosił damę swojego serca na małe rendez-vous do jaskini. Miasto Ur powstało zaledwie czterdzieści jeden wieków temu. Gracz Flamarow trzasnął babiloński kompleks świątynny dwie godziny z haczykiem.

Microsoft kupił grę wraz ze studiem za dwa i pół miliarda dolarów. Twórcy pieniądze wzięli i natychmiast odeszli z pracy, tłumacząc, skądinąd słusznie, że tyle forsy im wystarczy.

W świetle tych faktów, cóż mogę dodać?

Jestem graczem niedzielnym, uroczo wręcz niezdarnym jeśli chodzi o poruszanie się po ekranie, a moje myślenie o grach wydaje się charakterystyczne dla facetów wychowanych na Amigach i Atarynkach. W grach chodzi o walkę, ruch i rozpierduchę. Lubię kierować jakąś wielką armią, uwielbiam strzelać z działa i nie znajduję większej przyjemności nad spuszczenie młota bojowego na zakuty łeb przeciwnika. Kiedyś grałem w „Quake” i „Diablo”, dziś cisnę w „Dark Souls”, „Grand Theft Auto”, ewentualnie „Path of Exile” i dobrze mi z tym. Zainteresowanie grami niezależnymi, przejawiane okazjonalnie, traktuję w kategoriach podziwu dla pewnego fenomenu: pomysłu, artystycznej śmiałości. Gra, w której się nie zdobywa, nie zabija, nie niszczy znajduje się poza zasięgiem moich zainteresowań.

 

Westeros z serialu “Gra o tron”:

Mój syn uwielbia gry wideo, lecz przejawiał zdrowy stosunek do nich, jeśli oczywiście przyłożymy doń kategorie właściwe dla siedmiolatka. Lubił „Angry Birds”, „Plants versus Zombies”, a zainfekowanie go miłością do „Dungeon Keepera” uważam za swój największy sukces pedagogiczny. Julek potrafił połączyć fascynację grami z innymi rodzajami aktywności. Ciągnął mnie do kina. Latem rżnęliśmy w nogę. Zakochany w klockach Lego zapraszał mnie do wspólnej zabawy.

Jakoś w rejonach zeszłego lata pojawił się temat „Minecrafta”. Wypada dopowiedzieć, że Julek mieszka w innym rejonie Polski niż ja i widujemy się od czasu do czasu. U siebie w domu ma okazjonalny dostęp do komputera, a zainstalowanie tej gry – albo jakiejkolwiek innej – przerasta jego możliwości. Na tablecie, którym wówczas dysponował, „Minecraft” nie chciał hulać, zresztą to paskudne urządzenie psuło się, przynosząc więcej szkody niż pożytku. Opowiadał mi o filmach z „Minecrafta” i o grających kolegach, aż zaczynały mu oczy błyszczeć. Zrozumiałem, że w jego świecie „Minecraft” nie jest bynajmniej zwykłą grą, lecz częścią normalnego życia. Jak piłka i proca, kiedy ja byłem dzieckiem. Chłopcy dzielą się na tych z dostępem do gry i wykluczonych.

Zabiegi związane z pozyskaniem „Minecrafta” okazały się zawiłe, a moich kłopotów nie odda pobieżne streszczenie. Na tablecie gra nie chciała chodzić, więc babcia wystarała się o nowy. Uruchomiła się jakaś ułomna wersja, bez potworów czy czegoś podobnego. Z kolei wersja komputerowa, uczciwie nabyta za dwadzieścia euro nie chciała się uruchomić, mimo zakupu nowej karty graficznej i interwencji opłaconego informatyka. Julek przyglądał się tym wysiłkom w napięciu, a na jego poważnej twarzy nadzieja zmagała się z rozczarowaniem. W końcu się złamałem, ściągnąłem pirata i poszło. Nie wiedziałem co czynię.

"Minecraft" to wirtualne klocki Lego. Ale są już i klocki Lego wzorowane na "Minecrafcie".
“Minecraft” to wirtualne klocki Lego. Ale są już i klocki Lego wzorowane na “Minecrafcie”.

 

Julek zwariował na punkcie tej gry i gdyby tylko mógł, cisnąłby w nią od rana do nocy. Budził się zresztą przed świtem, taki był przejęty. Jeśli nie grał, to opowiadał o „Minecrafcie”. Zrezygnował z oglądania bajek na rzecz filmów z gry. Nieustannie opowiadał o tym, co zbudował i co zbudować planuje. Patrzyłem mu przez ramię, nie mogąc zrozumieć, o co chodzi. Ciosał jakieś drewna w brzydkiej, kanciastej przestrzeni. Zajęcie pochłonęło go bez reszty. Mi wydało się śmiertelnie nudne. Martwiłem się obsesją mojego syna. Włączył się lęk właściwy starcom – dziecko nie powinno grać zbyt długo.

Gdy zobaczyłem jedną z budowli, zacząłem zmieniać zdanie. Julek wzniósł pomnik własnej szacownej osoby, wielki, lekko licząc na dziesięć pięter i całkiem do rzeczy. Sterczał wysoko ponad drzewa, podobny w zarysie, potężny i radosny. Śmiał się ten pomnik do kanciastych krówek, do domów i zombie włóczących się po nocy. W twarzy mojego syna, zbudowanej z sześcianów i przez to nieforemnej, zaklęła się duma i szczęście z wykonanego dzieła, naiwna i szczera, jak to u dzieci. We własnym mniemaniu, Julek zrobił coś wielkiego. Też tak już sądzę. Pomnik to poważna sprawa.

Minecraft Lego

Poszperałem trochę, popędziłem ku mądrzejszym od siebie i już chyba wiem, o co chodzi z tym „Minecraftem”. To klocki, tylko na ekranie. Nic więcej, ale też nie mniej. Funkcja pozostaje niezmieniona. Chodzi wyłącznie o budowanie. „Minecraft”, w odróżnieniu od najbardziej nawet wypasionego zestawu Lego, nie posiada żadnych ograniczeń. Te klocki nigdy się nie skończą. Można zbudować, co tylko się chce. Ograniczeniem jest, jak by to głupio nie zabrzmiało, jedynie wyobraźnia.

Następnie zdumiałem się nad własną głupotą. To nie ja, lecz Julek miał rację. Cisnę w gry jakieś ćwierć wieku i nie przyszło mi do głowy, że pomiędzy klockiem na ekranie a tym fizycznym, który można dotknąć, nie ma właściwie żadnej różnicy. Służą do budowania. Do kreowania cudownych światów, w jednym i drugim wypadku. W „Minecrafcie” można stworzyć więcej niż na stole albo podłodze. Martwiąc się obsesją mojego syna, nie zauważyłem klapek we własnym, durnym czerepie. Granicą stał się dla mnie ekran. Zmienił się w mur. Byłem jak starzec, który uważa, że to, co rozgrywa się na monitorze, jest automatycznie gorsze, niewarte uwagi. Uwierzyłem w sztuczność i dałem się nią otumanić. Klocek na ekranie, klocek trzymany w ręku jest takim samym narzędziem tworzenia.

W świetle tych faktów, cóż mogę dodać?

 

Udostępnij ten artykuł

Podobne tematy

Granie

Przeczytaj w następnej kolejności

Read Full Story