STEM

Jeszcze nowsza Jerozolima

Na Saharze powstaje miasto. I to nie byle jakie. Francuzi zrzeszeni pod szyldem OXO Architectes chcą wbić w piach wieżę o wysokości niemal pół kilometra. Wieża tak naprawdę będzie miastem obfitującym we wszelkie udogodnienia nowoczesności, w rodzaju basenów, restauracji i salonów odnowy biologicznej dla tych, którzy przeżarli się i opili pod słońcem Afryki. Francuzi są na czasie i zaplanowali budynek ekologiczny, napędzany słońcem i wyposażony w aparaturę do odzysku deszczówki. Deszczówki jest, wbrew pozorom, od cholery na tej całej Saharze. Fascynuje mnie jednak coś innego. Wszystkie miasta na całym świecie były jak dotąd horyzontalne. To będzie wertykalne. Mieszkańcy będą przemieszczali się w górę i w dół. Osobiście jestem zachwycony tym pomysłem. Raz, że to przecież Sahara. Dwa – jednak pion. Od czasu wieży Babel nie wymyślono niczego równie fantastycznego.

Sahara vertical city
Wertykalne miasto, które ma stanąć na Saharze, będzie wysokie na prawie pół kilometra.

Zastanawiam się, w jaki sposób to miejsce (jeśli powstanie) przemieni psychikę mieszkańców. Mieszkając w Warszawie, myślę horyzontalnie. Jeśli pójdę w lewo, a potem w prawo znajdę się w knajpie. Spacer w odwrotnym kierunku zaprowadzi mnie na siłownię. I tak dalej. Mieszkając na Saharze okażę się zmuszonym do myślenia w kategoriach góry i dołu. Knajpa będzie pode mną. Paka powyżej. W konsekwencji moja głowa również staje się całkiem nowym, wertykalnym łbem. Co taki czerep sobie pomyśli? Jak będzie widział świat? Tego oczywiście nie wiem.

Wiem za to, że projekt afrykański nie jest jedynym. Śmiałość wróciła do architektury. Japończycy z Shimizu Corporation zbierają fundusze na miasto pod wodą. Na głębokości pół kilometra, pod potężną kopułą pięć tysięcy ludzi znajdzie nowy dom. Miasto będzie w pełni samowystarczalne, a twórcy planują szerokie wykorzystanie zasobów oceanu. Mowa o filtrach do wody i połowach ryb. Szacunkowy koszt budowy wynosi dwadzieścia sześć miliardów dolarów. Nie wiem jak wy, ale ja stówkę przelewam już dziś. Wcześniej chłopaki z Shimizu próbowały zbudować pod Tokio miasto-piramidę piętnaście razy większą od tej noszącej imię Cheopsa. To i tak nic w porównaniu z ideą kopuły nad całym Manhattanem. Projekt ten rozważano całkiem serio, w latach sześćdziesiątych.

Sahara vertical city inside
Pasaż spacerowy? Park? Biuro?

Te wszystkie pomysły bardzo mi się podobają i żałuję trochę, że nie będę żył na tyle długo, by któreś z tych miast odwiedzić, a nawet w nim zamieszkać. Powracają powidoki emocji, które towarzyszyły mi dawno temu, podczas oglądania filmów science fiction. Pamiętam na wpół dziecinny jeszcze zachwyt panoramą miasta przyszłości w „Piątym elemencie” Bessona, gdzie, między chmurnymi szczytami drapaczy chmur krążyły powietrzne taksówki. Rajd pionową autostradą w „Raporcie mniejszości” zapierał dech w piersiach, a i ponura metropolia w „Łowcy androidów” ma wiele posępnego uroku. Trochę mi dziwnie, gdy uświadomię sobie, że te miasta powinny już być. Filmy powstały dawno temu. A jednak nikt czegoś podobnego nie zbudował.

vertical city Sahara
Słoneczne wnętrze saharyjskiego budynku-miasta ma obfitować w zieleń.

Wydaje mi się, że ludzkość nie może wznieść sobie piękniejszego pomnika, niż miasto. Miasto to jest coś, myślę sobie. Na przykład moje książki prawdopodobnie nie przetrwają zbyt długo. To znaczy mam nadzieję, że będą żyły dłużej niż ja sam (daję sobie jeszcze jakieś trzydzieści pięć lat życia), lecz bądźmy realistami. Za sto lat będę znany wąskiej grupie specjalistów, zaś niedługo później moje nazwisko zniknie na amen – utracę nawet status ducha straszącego między kartkami. A co mają powiedzieć kolesie, których rękopisy spłonęły w bibliotekach w Aleksandrii, Antiochii, w Serapeum?

Ze sztukami plastycznymi jest jeszcze gorzej. Rzeźbę można rozbić, co aktywnie czynią dzisiejsi muzułmanie. Obraz może zostać spalony. Uważam też, że każde dzieło sztuki powinno znajdować się w miejscu, w którym powstało. Sztychy Durera powinny wisieć w Norymberdze, chętnie też zabrałbym pewną wenus z Luwru i postawił w Milo, tam gdzie jest jej miejsce. Tymczasem historia sztuki jest również historią rabunku. Dorobek antycznej Grecji, na ten przykład, rozdrapali ze szczętem Turcy i Brytyjczycy. Miasta nie sposób ukraść ani przenieść. Miasto zawsze będzie stało tam, gdzie zostało zbudowane.

Shimizu underwater city
Japońskie podwodne miasto sięgać będzie pół kilometra poniżej poziomu oceanu.

W odróżnieniu od książek, obrazów, filmów czy przedstawień teatralnych, miasto zawsze będzie dziełem wielopokoleniowego kolektywu. Choć rodzi się czasem z określonego architektonicznego zamysłu, potem rozwija się tak, jak życzą sobie jego zarządcy, mieszkańcy, oraz ono samo. Wydaje mi się nawet, że miasta mają jakiś rodzaj duszy obdarzonej wolą. Miasto może czegoś chcieć. Coś może nie podobać się miastu.

Miasto – takie, jakie planują zbudować na Saharze – jest zawsze realizacją pewnego marzenia (najczęściej o życiu szczęśliwym), a zbudowane staje się symbolem zwycięstwa nad siłami natury. W tym konkretnym przypadku będzie to tryumf nad pustynią. Już Jan Ewangelista śnił o Niebiańskiej Jerozolimie, otoczonej murem o dwunastu perłowych bramach, ze złotym rynkiem i fundamentami zrobionymi z kosztowności. Ten dość kunsztowny zamysł doczekał się konkretnych realizacji architektonicznych, skromniejszych jednak ze względów budżetowych. Przykładem jest Kolonia, krakowski Kazimierz, a także szwajcarskie opactwo w Sankt Gallen – mniszkowie uznali, że Bóg lubi, jak tak się buduje i cześć. Do Niebiańskiej Jerozolimy nawiązywał również Albrecht Durer, kreśląc plany idealnego miasta, które, jak łatwo można się domyślić, nigdy nie zostało zbudowane.

underwater city Shimizu
Oceaniczne miasto pomieści pięć tysięcy mieszkańców.

Tomasz Morus w „Utopii” odrzucił miejski przepych. Katedry i zamki niezbyt mu się widocznie podobały. W ich przepychu widział zapowiedź demoralizacji duszy. Utopianie gardzili złotem i rozpustą, każde ich miasto było identyczne i bazowało na prostych rozwiązaniach architektonicznych połączonych harmonijnie z przyrodą. Każdy, kto choć raz odwiedził Nową Hutę w Krakowie wie, że przynajmniej ten zamysł udało się zrealizować. Z kolei Campanella zbudował swoje Miasto Słońca na kopernikańskich kręgach, a ściany budynków pokrył freskami o charakterze pouczającym i umoralniającym – moja wesoła dusza pozwala sobie dostrzec w tym zapowiedź dzisiejszych murali i prac grafficiarzy. Francuz Etienne Cabet (XIX wiek) wymyślił sobie miasto zbudowane na planie szachownicy, zdominowane przez zieleń osadzoną na płaskich dachach. W odróżnieniu od poprzedników, osiągnął przynajmniej częściowy sukces – jego uczniowie zbudowali miasteczko, Nową Ikarię, podług tych założeń.

underwater city inside
Wizja wnętrza podwodnego miasta.

Miasta zostają. Świetnie o tym wiedział Katon, gdy rozkazał Kartaginę zburzyć, zaorać, a ziemię posypać solą, żeby nic tam nie rosło. Pamięć o mieście przetrwała jednak wbrew jego intencji, tak samo jak przetrwały ruiny wielkiego kamiennego miasta w sercu Zimbabwe. Matchu Pitchu przycupnęło sobie na szczycie góry i nigdzie się nie wybiera. Na terenie dzisiejszej Turcji wznoszą się klockowate budynki Çatalhöyük, liczące sobie, bagatela, prawie dziesięć tysięcy lat. Przykładów jest więcej. Nic nie wiemy o ludziach, którzy tam żyli. Byli wojowniczy, czy miłowali pokój? Co jedli? Jak się kochali? Pisali wiersze, czy może jednak nie? Te pytania pozostaną bez odpowiedzi. Jest tylko miasto. Największy pomnik jaki my, ludzie, będziemy w stanie stworzyć.

I może ktoś za następne dziesięć tysięcy lat zawędruje na Saharę i zobaczy szklaną iglicę sterczącą z piasku. Zaduma się, co to takiego. Może nawet chwyci za łopatę, a potem stanie wśród ruin i będzie zachodził w głowę, kto kiedyś żył w tych ścianach. Bo tylko ściany zostaną. Z naszej, podobno wspaniałej cywilizacji nie ocaleje przecież nic. Zawierzyliśmy chmurom.

Zostaną tylko miasta.

Udostępnij ten artykuł

Podobne tematy

Innowacje techniczne

Przeczytaj w następnej kolejności

Read Full Story