STEM

Latający smok nad Warszawą

Borytani urodził się w 1617 roku we Włoszech, gdzie odebrał staranne wykształcenie nie tylko z zakresu nauk matematycznych, ale również architektury, języków czy literatury klasycznej. Zaraz po studiach wyjechał do Egiptu, by uzupełnić wiedzę książkową doświadczeniem zdobytym w tak egzotycznym miejscu. Młody wszechstronnie uzdolniony badacz w pocie czoła mierzył więc piramidy, prowadził wykopaliska archeologiczne i sporządzał mapy kraju. Być może zmęczył go zbyt gorący klimat, bowiem na początku lat 40. XVII wieku trafił do Krakowa.

W Polsce od razu zajął się działalnością naukową, m.in. konstruując „wagę tak czułą, że włos wyprowadza ją z równowagi” i wyliczając procentowe składy stopów na podstawie prawa Archimedesa. Niestety, co konkretnie odkrył i ustalił, nie wiadomo, ponieważ jego rozprawy fizyczne, podobnie jak zapiski z Egiptu oraz inne notatki, zrabowano mu podczas podróży do Wenecji w 1645 roku. Boratyni zbliżał się więc do trzydziestki i musiał zaczynać od zera.

Projekt latającej maszyny Leonarda da Vinci (1488), który na łożu śmierci miał wspominać, że jeśli czegoś w życiu żałował, to właśnie tego, że nie było mu dane wzbić się w powietrze.
Projekt latającej maszyny Leonarda da Vinci (1488), który na łożu śmierci miał wspominać, że jeśli czegoś w życiu żałował, to właśnie tego, że nie było mu dane wzbić się w powietrze.

Na szczęście już rok później, z polecenia królowej Marii Ludwiki Gonzagi, trafił do Warszawy na dwór Władysława IV Wazy. Od razu zaimponował królowi, przedstawiając mu traktat o sensacyjnie brzmiącym tytule: „Latanie nie jest niemożliwe, tak jak to dotychczas sądzono”.

Przede wszystkim – przekonywał Borytani w swojej rozprawie – „nie powinniśmy martwić się, rozważając tę przewagę, jaką mają nad nami ptaki, ponieważ choć w wielu rzeczach są one uprzywilejowane przez naturę, to jednak nie została im dana taka materia, która byłaby lżejsza od powietrza”.

„I chociaż pióra są bardzo lekkie – pisał dalej – doświadczenie nam pokazuje, że spuszczone z góry, nawet najdrobniejsze pióra opadają i gdyby nie było tak gwałtownych ruchów skrzydeł, ptaki nie tylko nie potrafiłyby się wzbijać, lecz spadałyby na ziemię ze znaczącym uderzeniem”. Poczyniwszy tę obserwację, Borytani rozpoczął projektowanie machiny, która dałaby człowiekowi skrzydła i umożliwiła poruszanie tymi skrzydłami za pomocą własnych mięśni z siłą taką, aby cała konstrukcja mogła wzbić się w powietrze. Swojemu wynalazkowi nadał formę… latającego smoka.

Idea ornitoptera jest żywa i dziś:

Smok Boratyniego miał aż osiem skrzydeł napędzanych ruchami pilota poprzez system dźwigni i sprężyn (o którym, niestety, nic nam nie wiadomo). Funkcję steru pełnił ogon maszyny, a całą konstrukcję należało wykonać z drewna, fiszbinów i pokryć tkaniną. Co ciekawe, kadłub smoka mógł służyć jako łódka, gdyby maszyna musiała usiąść na wodzie, a dodatkowym zabezpieczeniem dla lotników był spadochron. Gdyby więc złamało się któreś skrzydło, machina – jak uspokajał konstruktor – „nie runęłaby z tego powodu w dół, lecz spadałaby powoli tak że ludzie wewnątrz doznaliby tylko bardzo nieznacznych uszkodzeń”.

W smoku Boratyniego docelowo mieściłyby się dwie osoby, przy czym wystarczyłoby, aby jedna z nich pracowała, napędzając skrzydła, druga natomiast w tym czasie mogłaby odpoczywać. Wynalazca przewidział wewnątrz pojazdu także miejsce na zapasy jedzenia i picia, umożliwiające wielodniową podróż bez lądowania, jak również planował wyposażyć swój statek w busolę, dzięki czemu problemu nie stanowiłyby nawet loty nocne.

Trzeba przy tym pamiętać, że rozważania włoskiego konstruktora miały całkowicie autorski charakter, niewielu bowiem ludzi wierzyło wówczas, że możliwe będzie oderwanie się człowieka od ziemi. Nawet wielki Leonardo da Vinci, który już w XV wieku zawzięcie badał mechanikę lotu ptaków oraz konstruował i testował rozmaite modele statków powietrznych, poniósł na tym polu porażkę i nie rozpowszechniał wyników swoich starań (nie mógł ich zatem znać Boratyni). Klęską kończyły się także wszystkie następne próby wzbicia się w powietrze, co nie zniechęcało jednak twórcy latającego smoka.

Projekt Boratyniego (1648), na grzbiecie stwora literą E oznaczony jest spadochron – wynalazek jak na tamte czasy iście rewolucyjny, bo choć różni konstruktorzy, w tym da Vinci, projektowali tego typu urządzenia, nie znalazł się póki co żaden śmiałek, który by przetestował spadochron w praktyce.
Projekt Boratyniego (1648), na grzbiecie stwora literą E oznaczony jest spadochron – wynalazek jak na tamte czasy iście rewolucyjny, bo choć różni konstruktorzy, w tym da Vinci, projektowali tego typu urządzenia, nie znalazł się póki co żaden śmiałek, który by przetestował spadochron w praktyce.

Informacje o sensacyjnym wynalazku szybko obiegły salony całej Europy, a dokonania Włocha, który – jak go opisywano – „ofiarował swój rozum królowi polskiemu” i złożył mu „cudowną propozycję latania w powietrzu”, były żywo komentowane na dworach francuskich, angielskich i niemieckich.

Projektem zainteresował się także sam Władysław IV, będący prawdopodobnie świadkiem niezwykłego pokazu. W lutym 1648 roku w Warszawie wzbił się bowiem w powietrze latający smok. W maszynie o długości przekraczającej metr siedział… kot, pełniący funkcję pilota-oblatywacza. Boratyni napędzał mechanizm odpowiedzialny za ruch skrzydeł za pomocą sznurka, a jeden z widzów opisywał później w liście, że „gdyby kot miał rozsądek, który by pozwalał mu pracować, mógłby utrzymywać się w powietrzu przez czas dłuższy”. Niestety, w źródłach historycznych nie znajdujemy informacji o losie dzielnego zwierzęcia.

Kolejny model Boratyni wykonał dla uczonych francuskich. Aby ułatwić transport urządzenia, Włoch przygotował egzemplarz w częściach przeznaczonych do samodzielnego montażu, powątpiewał jednak, że znajdzie się we Francji konstruktor zdolny do tego, aby tak skomplikowaną maszynę choćby poskładać. Prawdopodobnie obawy te okazały się słuszne, gdyż kroniki milczą o analogicznych lotach smoka nad Paryżem.

Własnoręczny szkic wynalazcy. „Nie wydaje mi się wskazane ukazywać rysunek wnętrza maszyny, który byłby zresztą bardzo kłopotliwy do objaśnienia” – pisał wynalazca, przez co nie są nam niestety znane szczegóły techniczne latającego smoka.
Własnoręczny szkic wynalazcy. „Nie wydaje mi się wskazane ukazywać rysunek wnętrza maszyny, który byłby zresztą bardzo kłopotliwy do objaśnienia” – pisał wynalazca, przez co nie są nam niestety znane szczegóły techniczne latającego smoka.

Ambicją Boratyniego było jednak stworzenie aparatu, który umożliwiłby powietrzną żeglugę nie tylko kotom, ale i ludziom. Władysław IV zobowiązał się pokryć koszt budowy „pełnowymiarowej” wersji maszyny w wysokości 500 talarów, a sam konstruktor był bardzo pewny końcowego sukcesu. Zobowiązał się do ukończenia prac w ciągu ośmiu miesięcy oraz stwierdził, że nie będzie przez ten czas pobierał żadnego wynagrodzenia. Zasłużoną nagrodę miał otrzymać dopiero wtedy, gdy smok wraz z załogą wzbije się w powietrze.

Niestety, główny mecenas projektu, król Władysław IV, zmarł trzy miesiące po pokazie latającego modelu z kotem, w maju 1648 roku. Jego następca, Jan Kazimierz, od początku panowania musiał zmagać się z licznymi poważnymi zagrożeniami takimi jak powstanie Chmielnickiego, i nie w głowie były mu loty nad Warszawą. A może brak zainteresowania nowego władcy był tylko wygodnym pretekstem, który pozwolił honorowo wycofać się Boratyniemu z prób skazanych na niepowodzenie? Jakikolwiek był powód, o latającym smoku zrobiło się cicho.

Sam Boratyni pozostawał jednak aktywny twórczo. Wciąż spoglądał w niebo, prowadząc obserwacje astronomiczne przez własnej konstrukcji teleskop, których efektem było odkrycie plam na planecie Wenus. Wykonał też soczewki samego Jana Heweliusza. Jak czytamy w dawnych listach, był również pomysłowym mechanikiem: zbudował podobno maszynę hydrauliczną napędzaną przez wiatrak, mogącą dostarczać nawet kilka tysięcy beczek wody na dobę. Ogłosił też rozprawę naukową „Misura Universale”, w której rozwijał koncepcję miary powszechnej, jednakowej dla całego świata. W międzyczasie ożenił się z Polką, a w latach potopu szwedzkiego walczył u boku Jana Kazimierza, za własne pieniądze wystawiając oddział piechoty.

Wciąż gonimy ptaki. Ten ornitopter jeszcze wymaga pomocy przy starcie:

W uznaniu zasług Boratyni otrzymał w dzierżawę mennice krajowe, a bicie monety, choć prawdopodobnie nie przynosiło mu specjalnej satysfakcji, stało się głównym źródłem jego dochodów (a także przysporzyło mu licznych wrogów oskarżających Boratyniego o finansowe nadużycia przy produkcji pieniądza). Włoski inżynier i wynalazca zmarł w 1682 roku, a miejsce jego spoczynku nie jest znane.

Próby wznoszenia się w powietrzu poprzez naśladownictwo ruchu ptaków okazały się ślepym zaułkiem lotnictwa, choć rozmaici wynalazcy podejmowali je jeszcze 250 lat po Boratynim. Dostępna nam dziś wiedza przekonuje, że latający smok napędzany siłą mięśni pilota latać w żaden sposób nie mógł. Co ciekawe jednak, w pracy Johanna Joachima Bechera, XVII-wiecznego niemieckiego lekarza i chemika, odnajdujemy wzmiankę, że Boratyni miał w takim właśnie smoku osobiście podróżować nad Warszawą…

Czy Włoch, który „ofiarował swój rozum królowi polskiemu”, ostatecznie wzniósł się w powietrze? Najważniejsze, że zdołał przekonać ludzi do bardzo istotnej idei. Przypomnijmy tytuł jego rozprawy: „Latanie nie jest niemożliwe, tak jak to dotychczas sądzono”.

 

Autorem ilustracji głównej – wizji ornitoptera – jest ukraiński grafik Andriej Szewczenko. Więcej jego prac można podziwiać tutaj.

Udostępnij ten artykuł

Podobne tematy

Nauka

Przeczytaj w następnej kolejności

Read Full Story