Game On!

Laudacja dla cenzora

 

Profesor Irena Lipowicz w liście do Rzecznika Praw Obywatelskich i późniejszym wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” ogłosiła konieczność ochrony nieletnich przed brutalnymi grami wideo. Najczęściej tego rodzaju wypowiedzi rozbudzają we mnie, uśpione na co dzień, pierwotne instynkty. Chcę komuś wyrwać serce, przegryźć gardło, zmiażdżyć czaszkę w potężnych, włochatych dłoniach. Ten wywiad przeczytałem z zainteresowaniem, a nawet uśmiechem. Pani Lipowicz, jak sądzę, jest osobą z zewnątrz, ostatni raz grała w „Donkey Konga”, a jednak wypowiedziała się rzeczowo, kompetentnie i w stonowany sposób. Nawet sieć, środowiska graczy, prędkie do wszelkiego szczeku, nie spieszyły się z krytyką.

Pani profesor po prostu domaga się normalności. Teza o powiązaniu zwiększonego odsetka samobójstw wśród nieletnich i przemocą w nowych mediach wydaje się ryzykowna ze względu na brak dowodów, ale reszta brzmi sensownie. Pani Lipowicz nie postuluje powołania do życia jakiegoś nowego organu w rodzaju Urzędu Bezpieczeństwa Elektronicznej Rozrywki i nie zamierza nikogo pakować do pudła. Postuluje skorzystanie z wzorców zachodnich (nadanie rangi prawnej systemowi PEGI) i wyciąganie konsekwencji finansowych od sprzedawcy, który, łasząc się na szmal. wcisnął „GTA” w mokre dłonie dwunastolatka. Chodzi jej o zlikwidowanie panującej obecnie wolnej amerykanki, czemu wypada tylko przyklasnąć. Zadanie to jest jednak bardziej złożone, niż można by sądzić. Właściwie, znajduje się na granicy wykonalności. I dobrze. Taka sytuacja bardzo mi odpowiada.

GTA_V

Inne kraje radzą sobie rozmaicie. W Wielkiej Brytanii rodzice zezwalający nieletnim pociechom na granie w brutalne tytuły mogą nawet mieć kłopoty z prawem. Stowarzyszenie szkół z hrabstwa Cheshire wystosowało odpowiedni list, zapowiadając interwencję w instytucjach opieki społecznej, a nawet na policji, jeśli malec zostanie złapany na graniu w „GTA” czy inne „Call of Duty”. Stosowna lista już istnieje. Zapewne za przykładem szkół z Cheshire pójdą inni. Sam system PEGI obowiązuje w trzydziestu krajach, w tym niemal w całej Europie i w Stanach Zjednoczonych. Jego specyfiką jest rezygnacja z najbardziej typowego podziału „gier dla dorosłych” i „gier dla dzieci”, kategorii wiekowych jest aż pięć, co przypomina system funkcjonujący w polskich kinach w latach osiemdziesiątych. Wtedy działało. Teraz obawiam się – już nie zadziała.

Celem jest utrzymanie sprzedaży brutalnych gier dla dorosłych, przy jednoczesnym chronieniu dzieci. To trudne zadanie. Dużo łatwiej przychodzi wprowadzenie cenzury obejmującej wszystkich, całkowitej lub częściowej. Japończycy kazali wyciąć dekapitację z „Resident Evil”, a Niemcy wydłubali swastykę z wszystkich części „Wolfensteina”. Troska, by swasta nie znalazła się na celowniku Blazkowicza, w wypadku tego kraju może budzić zdumienie, ale Niemcy generalnie są bardzo restrykcyjni. Zabronili tam między innymi gier „The Darkness” i „Silent Hill: Homecoming”. Australijczycy nie chcieli poczciwego „Dooma”, a „The Order: 1886” nie kupicie w Indonezji, ze względu na epatowanie nagością. Lista gier zakazanych w Arabii Saudyjskiej budzi zdumienie nie tylko ze względu na swój rozmiar. Znajduje się tam stare, poczciwe „Dark Souls”, czego doprawdy nie sposób zrozumieć. Wobec dominacji sprzedaży online, te wszystkie obostrzenia na niewiele się zdadzą.

london_burning
Wolfenstein: The New Order

Kiedy sam zaczynałem grać w gry – wykorzystując do tego celu komputer Amiga, numer jeden tamtych czasów jeśli chodzi o możliwości graficzne – moi rodzice nie mieli pojęcia, o co w tym chodzi. Tatko kręcił nosem i powtarzał, że nie potrafi pojąć ambicji związanych z osiągnięciem czegoś na ekranie. Ten pogląd dawał pewne światło na umysłowość mojego ojca. Jego zdaniem ekran był pustą przestrzenią, służącą najwyżej wyładowaniu nadmiaru energii. Nic wartościowego nie miało prawa tam się wydarzyć.

Ojciec śmiał się ze mnie, ale jednak kupił komputer (rzecz drogą i niezbyt powszechną na samym początku lat dziewięćdziesiątych), a nawet próbował wniknąć w mój świat na swój własny, niezdarny sposób. Raz jeden usiadł do komputera, wybrał wyścigi zapisane na dwóch pirackich dyskietkach, odpalił i czekał, co to się podzieje. Tatko, dodajmy, zawsze był za pan brat z motoryzacją, a na studiach rozbijał się niemieckim motocyklem BMW R75, takim z koszem, jaki często widujemy na filmach wojennych. Potrafił też samemu zrobić radio i własnoręcznie sklecił wszystkie meble w naszym domu. Facet dobry jest. Usadzony przed nieszczęsną Amigą przegrał z kretesem. Na ekranie pojawił się napis „insert data disc”. Nie wiedział co to takiego, nie domyślił się, że chodzi o drugą dyskietkę. Ten gość o ogromnych uzdolnieniach technicznych tego jednego nie potrafił zrozumieć. To nie kwestia inteligencji, ani nawet doświadczenia – tato natrafił na mur technologiczny i nie zdołał go przebić.

The Order: 1886
The Order: 1886

Moja była żona pracowała jako psycholog szkolny. Całe klasy mówiły tylko o „GTA”, a rodzice i inni nauczyciele nie mieli pojęcia, co to takiego. Przychodzili po radę do niej, biedaczyny, a ona próbowała tłumaczyć, że dzieci powinny grać w coś innego, bo seks, bo przemoc, bo narkotyki i prostytutki. Nie potrafiła wyjaśnić dokładnie o co chodzi, na czym polega bezwzględna dorosłość tego tytułu. Ja jeszcze nie grałem. Mieliśmy kumpla, który uwielbiał tę serię. Wiedziała tyle, co on jej opowiedział, co zobaczyła patrząc mu przez ramię.

Aby ująć określone zjawisko w karby cenzury – nawet aksamitnej, postulowanej przez Irenę Lipowicz – należy najpierw je zrozumieć. Obawiam się, że pani Profesor, mimo swojej inteligencji i taktu, nie rozumie świata gier. Mało tego, uważam, że ja również go nie rozumiem, choć gram i piszę o grach od jakichś siedmiu lat. Mój opinie są cząstkowe, sądy błędne, nie posiadam oglądu istoty rzeczy: przegrywam z nowoczesną filozofią grania, z mnogością tytułów, tematów i mechanik, z samą dynamiką dystrybucji, dokładnie tak samo, jak mój ojciec przegrał z poczciwą Amigą, a była żona z małoletnimi podopiecznymi. Do tego świat gier, zwłaszcza w wymiarze dystrybucji, rozwija się błyskawicznie. Jeśli dziś wymyślimy najlepsze nawet przepisy chroniące młodych przed przemocą w grach, będą one nieaktualne, nim wejdą w życie. Dzieci są sprytniejsze, bardziej rzutkie i mają mnóstwo czasu. Przechytrzą Irenę Lipowicz, mnie wyśmieją, zagrają na nosie pana policjanta. Zresztą, obawiam się – nikt nie ma na to głowy.

Dark Souls II
Dark Souls II

Niemniej chciałbym bardzo, aby przepisy ograniczające dostęp dzieci do gier zostały wprowadzone w możliwie najbardziej restrykcyjnej formie. Zakazujcie, bardzo proszę. Nie chodzi mi tutaj jednak o ocalenie wrażliwości młodego pokolenia, lecz zaoferowanie mu autentycznego dreszczyku emocji. Przecież dzieciaki i tak zdobędą to nieszczęsne „GTA”. Będą torturować ludzi w telewizorze. Tak samo, jak będą pić piwo, palić papierochy i uprawiać seks bez zabezpieczenia. To właśnie robią ludzie nieletni, to ich najbardziej interesuje (koleżanka, która ma z nimi większą styczność, stoi na innym stanowisku: ekran, ekran, ekran). Utrudnienie dostępu otworzy ekscytujący świat przygód związanych ze zdobyciem gry i cieszeniem się nią, gdy rodzic nie widzi. Niech obejdą zabezpieczenia rodzicielskie, niech znajdą starszego kolegę, co kupi wersję pudełkową, niech granie stanie się czymś porównywalnym właśnie do jabcoka wypitego ukradkiem, do papierocha wykopconego na klatce schodowej, do szybkiego numerku, gdy mama wychodzi po bułki. Tego rodzaju ekscytacji życzę dzisiejszej młodzieży – za jej sprawą, frajda z zabijania na ekranie zejdzie na drugi plan.

Udostępnij ten artykuł

Podobne tematy

Granie

Przeczytaj w następnej kolejności

Read Full Story