Game On!

No future

Rozmyślam o niebezpieczeństwach, przed którymi przestrzegali mnie rodzice. Te pożyteczne rozważania pozwalają zrozumieć, jak bardzo zmienił się świat. Mama i tata ostrzegali mnie przed zboczeńcami, alkoholem i narkotykami. To było rozsądne. Pod mostem nad Wisłą kręcili się różni podejrzani faceci, a my mieszkaliśmy blisko rzeki. Tatko, owszem, lubił sobie chlapnąć, mama też za kołnierz nie wylewała, ale z narkotyków, prócz zioła, dostępna była głównie polska heroina, tzw. kompot, rzecz śmiertelnie niebezpieczna.

Później nastał czas subtelności. Rodzice ze wskazaniem na ojca usiłowali ocalić moją duszę, sprzeciwiając się moim młodzieńczym fascynacjom. Zmaganie się z nastolatkiem przypomina osuszanie morza za pomocą wiadra, niemniej tatko naprawdę się starał. Mając lat czternaście, słuchałem wyłącznie metalu, czytałem i oglądałem tylko horrory. Gdy tylko włączałem jakiegoś wyjca, tatuś zjawiał się w pokoju i pytał, co stało się temu nieszczęśnikowi. Przyłapany na lekturze Mastertona, musiałem wysłuchać wykładu o debilach i grafomanach. Strasznie mnie to złościło. Krzyczałem i tupałem. Dopiero po latach doceniam ojcowską mądrość. Współtworzył moje poczucie humoru, złośliwe i okrutne, którym posługuję się do dzisiaj. Ponadto, podsuwał mi Tomasza Manna i Trumana Capote, zabierał do kina na dobre filmy i tylko z muzyką mu nie wyszło. Tatko wyklinał mój metal, miłując nad życie twórczość Dietera Bohlena i Davida Haselhoffa.

"Ponadto, podsuwał mi Tomasza Manna i Trumana Capote..."
“Ponadto, podsuwał mi Tomasza Manna i Trumana Capote…”

Gdy dostałem pierwszy komputer, przez pierwsze miesiące grałem od rana do wieczora. Wstawałem i chwytałem za joystick. Kładłem się z joystickiem. Ojciec uznał, że zdurniałem do reszty. Bez przerwy powtarzał: „Nie rozumiem tej ambicji – dojść do czegoś na ekranie”. Potem pokazałem mu „Tetrisa” i wsiąknął na amen, a jak. Po paru tygodniach zabawy odkrył, że można obracać klockami, jego radość jeszcze wzrosła. Mój niespełna ośmioletni syn zna już Iron Maiden, a niedawno pokazałem mu „Contrę”, jedną z najważniejszych gier mojego dzieciństwa. Spodobała mu się, lecz wkrótce porzucił ją na rzecz „Angry Birds” czy czegoś podobnego.

Julek rośnie szybko, a ja już rozglądam się w poszukiwaniu niebezpieczeństw czyhających na niego w przyszłości. W ten sposób dotarłem do dziewiątego piekła internetu, wpadłem w najpotworniejszą jamę sieci, spojrzałem w twarz czystego zła. Przypuszczam, że większość moich rówieśników nie ma pojęcia, kto to Polski Pingwin, Masterczułek, Naruciak, Blowek, Disowskyy, Karolek i Mandzio. Ci faceci są popularni jak Ojciec Święty, wyświetlenia liczą się niekiedy w milionach. To nastoletni youtuberzy, kształtujący gust tak zwanej gimbazy.

"Contra"
“Contra”

Większość z nich zajmuje się grami. Na przykład Disowskyy znalazł szczególną radość w ciskaniu cyfrowym kałem. Prościutka, nieznana mi z nazwy gra polega właśnie na tym: na zrzucaniu odchodów z wysokości. To trudne zadanie bardzo cieszy Disowskyy’ego. Kupa może zlecieć komuś na głowę, spowodować wypadek samochodowy, a nawet ugodzić ptaka w locie, co sprawia szczególną radość. Temat wydalania wydaje się zresztą szczególnie bliski młodemu youtuberowi. Nagranie, na ten moment, ma 362 206 odsłon. Cyferki wciąż się kręcą. Grą zajął się również niejaki Blowek, przyjmując mniej entuzjastyczną postawę. Zapłacił za to liczbą odsłon mniejszą o sto tysięcy.

O Polskim Pingwinie nie mogę zbyt wiele powiedzieć, gdyż, poza swobodnym łączeniem polskiego z angielszczyzną, jest nudny jak Gomułka i przewidywalny niby autostrada. Lekko licząc, 400 000 internautów ma odmienne zdanie. Masterczułek łączy talent muzyczny z poczuciem humoru, tworząc parodie znanych przebojów na miarę niezapomnianego Stana Tutaja. Zajmuje się grami w rodzaju „Floppy Bird” („aż pewnego dnia na klopie myślę sobie <a poflopię> i posłuchaj, mówię ci, nabiłem tam 103”, prawie półtora miliona wyświetleń) i komentuje występy Conchity Wurst („Na koniec wam powiem, bo taka ma klasa, że nie bez powodu mam na nazwisko kiełbasa”, 1600 000 wyświetleń). Z niechęcią przyznaję, że piosenka o kocie, podróżującym przez kosmos na plastrze bekonu, zawiera przyjemny ładunek psychodelii (ponad 17000 000 odsłon).

Naruciak próbuje poderwać cyfrową szmulkę. Czyni to, grzebiąc jej kursorem w nosie. Bez przerwy zachwyca się też jej biustem i myśli „jak zrobić seksy”, co wypada uznać za zdrowy odruch. Szkoda, że na sucho. Naruciakowi idzie zresztą gorzej niż kolegom, nie tylko w podrywie – jego wyświetlenia oscylują wokół stu tysięcy. O najzabawniejszych momentach niejakiego Karolka zebranych w jeden film nie umiem nic powiedzieć, zajęty waleniem głową w ścianę.

Nie chodzi mi nawet o to, że te programy są nędzne, a ich autorzy bezskutecznie próbują być śmieszni. Ci najbardziej charyzmatyczni mogliby być nieślubnymi dziećmi Kuby Wojewódzkiego. Ale wszystkim brakuje tego, co w mojej opinii powinno wyróżniać młodych, mianowicie buntu. Interesuje ich wyłącznie dobra zabawa. I to jest naprawdę przerażające.

Internet zresztą już nie wystarcza. Z tymi facetami można pojechać na ferie. Cena wynosi jedyne 1500 złotych za tydzień w przyzwoitych warunkach. Cóż może przynieść taki wypoczyn? Cóż tam uczynią ci wcześni nastoletni? Spodziewam się klikania w ekraniki od rana do nocy, przepysznych dowcipów, kolektywnego ciśnięcia w gierki, a nade wszystko wzajemnego filmowania się. Zresztą, niczego nie muszę sobie wyobrażać. Mam pewność, że relacja z tego wyjazdu pojawi się w sieci, dzień po dniu, minuta po minucie. Wolę sobie wyobrazić coś innego: mój czternastoletni syn (teraz ma jeno osiem latek) przychodzi z prośbą o zgodę na takie wakacje, na pobyt z Karolkiem i Polskim Pingwinem, a ja padam na kolana, całuję jego dłonie i błagam, by pojechał gdzie indziej, z kimś innym, żeby w ukryciu wydoił jabcoka i zakopcił szluga, żeby popędził za jakaś koleżanką albo stoczył bójkę na pięści, choćby z fatalnym dla siebie skutkiem. A Julek odsuwa się ode mnie, mówi: „Jesteś głupi, tato! Głupi i niesprawiedliwy”.

Piszę te słowa z głębi serca. A serce me przepełnia zawiść przełamana żalem. Ten tekst zyska o wiele mniejszy zasięg niż najmniej popularne nagranie Polskiego Pingwina. Sam łaknę sławy, lecz filmiki ze mną liczą się w setkach wyświetleń, a nie w milionach, co nie ulegnie zmianie, choćbym ściągnął spodnie albo jadł własne wydzieliny przed kamerą. Sława kolegi Disowskyy’ego pozostaje zresztą nieosiągalna dla każdego pisarza, choćby ten co roku ogłaszał nowe „Komu bije dzwon”. Zresztą, pal sześć ludzi pióra! Wymieramy bezgłośnie. Ale, jak sądzę, więcej osób słyszało o Masterczułku niż o Niemenie i Bogusławie Lindzie razem wziętych. I don’t want to live on this planet anymore.

Drogi Polski Pingwinie! Szanowny Disowskyy! Zacny Naruciaku! Nastoletni yutuberzy! Nienawidzę Was szczerze, ale zdejmuję przed Wami kapelusz z siwiejącej głowy i w pas się kłaniam, gratulując zwycięstwa. Przyszłość nie należy do mnie, do innych pisarzy, nie do aktorów, poetów, muzyków i innych frajerów, lecz do Was, o potworni! To Wy obrabiacie dusze młodego pokolenia, oddzielacie dobro od zła i nadajecie imię, po kolei, wszystkim zwierzętom. Dziewczyny staną się kobietami, chłopcy zmienią się w mężczyzn podług waszych instrukcji. To wy, nikt inny, nie nauczy ich, co jest śmieszne, co smutne, co ważne, a co do dupy. Zbudujecie jutro, w którym oni będą żyli, a ja umierał. Sprawicie, że stanę się ponurym starcem, który niczego nie rozumie, za to złości go wszystko. Zrobicie to wszystko nieświadomie, z lekkością ptaka, ale i siłą taranu. Przyszłość jest wasza.

Udostępnij ten artykuł

Podobne tematy

Rozrywka

Przeczytaj w następnej kolejności

Read Full Story