Internet przedmiotów: inteligentna planeta połączona w jedną sieć

O tym, jak przestałem się bać i pokochałem WiFi

Ów dziwaczny lęk był po części fanaberią, po części autentycznym przeżyciem, wyrastającym z archaicznego myślenia o technologii. Uważałem, wzorem pradziadów, że jeśli coś jest do wszystkiego, to jest do niczego (pogląd ten zbudowałem na przykładzie wideotelewizora, urządzenia, które rzeczywiście się nie sprawdziło). Pracowałem na komputerze, grałem wyłącznie na konsoli i czytałem jedynie książki papierowe, uznając, że do tego celu powinienem mieć osobny tablet. Muzyka szła wyłącznie z wieży i płyt CD. Dopiero gwałtowna destrukcja mojej kolekcji kompaktów przekonała mnie do empetrójek i muzyki w strumieniu. Uważałem również, że prawdziwy internet znajduje się wyłącznie w kablu. O żadnym WiFi nie chciałem słyszeć. W konsekwencji, moje mieszkanie zmieniło się w plątaninę kabli, kabelków i kabliszczy, bardzo często o nieustalonym przeznaczeniu. Podłoga pod biurkiem komputerowym przypominała wężowisko. Wszystko to trzymało się na przysłowiowej ślinie i gutaperce. Ludzie potykali się i wybijali sobie zęby.

“Artysta może chodzić w koszulkach zespołów metalowych, choć dobiega czterdziestki, pić brązowe napoje grubo przed południem i bać się WiFi, jeśli tylko chce”

WP_20140919_001
“Moje mieszkanie zmieniło się w plątaninę kabli, kabelków i kabliszczy, bardzo często o nieustalonym przeznaczeniu. Podłoga pod biurkiem komputerowym przypominała wężowisko”.

W lęku przed WiFi tkwił mocny pierwiastek zgrywy, dziwactwo, które niesłychanie sobie ceniłem. Z tego także powodu zostałem pisarzem (lub wówczas próbowałem zostać). Normalny człowiek musi zabijać swoje dziwactwa, tropi i morduje drogie swojemu sercu fanaberie. Wobec artystów stosuje się inne, bardziej liberalne kryteria. Wolno nam być dziwakami. Być może nawet tego się oczekuje. Artysta może, na ten przykład, chodzić w koszulkach zespołów metalowych, choć dobiega czterdziestki, pić brązowe napoje grubo przed południem i bać się WiFi, jeśli tylko chce.

Myśląc o WiFi w tamtych czasach, wyobrażałem sobie strumienie danych przepływające przez mój pokój, strzępy wysyłania i pobierania, niewidoczne, lecz obecne jak złośliwe upiory. Wokół mnie wirowały służbowe maile, miłosne wyznania, powidoki flirtów przez komunikator Gadu-Gadu, śmieszne obrazki, bohaterowie filmów i seriali ściąganych przez sieć BitTorrent, oraz, nade wszystko, pornole: nagie ciała, często wyrżnięte nożem chirurga, splatały się ze sobą w konfiguracjach znajomych i nieznajomych, w tym takich, jakich nigdy nie chciałbym poznać. Myśl, że wirują wokół mnie cudze sny – zawodowe, erotyczne, miłosne, przygodowe – wydawała mi się bardzo nieelegancka. Czułem się, jakby przemocą wsadzono mi głowę do konfesjonału albo domu publicznego.

“A teraz je widzę, bardzo wyraźnie: wielobarwne, rozedrgane wstęgi otaczające ludzi, ich tablety i komputery, poskręcane w swojej drodze po schodach”

"Muzyka szła wyłącznie z wieży i płyt CD. Dopiero gwałtowna destrukcja mojej kolekcji kompaktów przekonała mnie do empetrójek i muzyki w strumieniu".
“Muzyka szła wyłącznie z wieży i płyt CD. Dopiero gwałtowna destrukcja mojej kolekcji kompaktów przekonała mnie do empetrójek i muzyki w strumieniu”.

Jeszcze raz: to wrażenie jest całkiem udanym połączeniem zgrywy i paranoi.

A teraz je widzę, bardzo wyraźnie: wielobarwne, rozedrgane wstęgi otaczające ludzi, ich tablety i komputery, poskręcane w swojej drodze po schodach do bankowego budynku. Te niezwykłe obrazy zawdzięczam Luisowi Hernanowi z uniwersytetu w Newcastle. Luis znalazł sposób, żeby sfotografować WiFi. Wykorzystując urządzenia własnego pomysłu, znalazł nawet sposób na różnicowanie barwy w zależności od nasilenia sygnału. Czerwony kolor oznacza sygnał słaby, a niebieski mocny. To nie wszystko. Zacny Luis stworzył również aplikację, dzięki której każdy, kto dysponuje smartfonem z Androidem, może badać nasilenie WiFi wokół siebie. Całość jest częścią większego projektu Digital Ethereal, mającego na celu czynienie widzialnym tego, co niewidzialne. W jednym z wywiadów Luis rzekł:

Intryguje mnie fakt, że stajemy się coraz bardziej zależni od czegoś niewidzialnego. Chciałem znaleźć sposób, by pokazać, jak sieć bezprzewodowa funkcjonuje w zetknięciu z nami i jak się zmienia. Ta niezwykle krucha i ulotna infrastruktura spaja nasze technologie i kształtuje naszą interakcję ze światem cyfrowym.

“Od czasu dagerotypu ludzie próbują sfotografować ducha i nigdy im się to nie udało. Stworzyliśmy więc nasze własne duchy i cykamy im zdjęcia”

Hernan2

Kolorowe nitki, które ukazał światu, określa mianem widm (spectres), gdyż jego zdaniem przypominają duchy.
Dawno nic mnie tak nie zachwyciło.

Rzeczywiście, podobieństwo jest uderzające. Luisowe zdjęcia widm przypominają mi fotografie astralne, którymi kiedyś się fascynowałem. Mowa o oczywistych oszustwach, powstałych najczęściej poprzez nałożenie dwóch klisz na siebie, ale nie tylko. Niekiedy, upiór powstawał w wyniku złudzenia. Pamiętam widmową postać uczynioną ze światła przechodzącego przez gałęzie dwóch stojących obok siebie drzew. Naprawdę robiła wrażenie. Dzisiejsi łowcy duchów szukają raczej śladów energii – linii i kropek. Przypuszczam, że niezbyt w to wierzą, ale mają niezłą uciechę. Ich ślady w porównaniu z tym, co odkrył Luis, są mało efektowne. Mowa o czarno-białych wężykach i plamkach jakby powstałych w wyniku przebarwienia.

Od czasu dagerotypu ludzie próbują sfotografować ducha i nigdy im się to nie udało. Stworzyliśmy więc nasze własne duchy i cykamy im zdjęcia. Przecież w tych widmach wiją się rzeczy, których tak obawiałem się, będąc młodym i durnym: miłosne maile, czaty o pierdołach, Sasha Grey i Sylvester Stallone z kolegami.

“Sam kocham rzeczy niepotrzebne i chętnie otaczałbym się tylko takimi. Z tego powodu palę papierosy, zbieram kompakty i otaczam się ludźmi skazanymi na smutny koniec”

Hernan1

W wynalazku Luisa Hernana urzeka mnie wszystko – wizualne piękno, prostota, nowatorstwo oraz jego całkowita niepotrzebność. Przecież te zdjęcia służą do zachwycania się, niczego więcej. Nie posiądziemy dzięki nim żadnej dodatkowej wiedzy, niczego najprawdopodobniej nie zdołamy ulepszyć, a pieniądze zarobi na nich jedynie sam Luis z współpracownikami. Serdecznie mu tego życzę. Sam kocham rzeczy niepotrzebne i chętnie otaczałbym się tylko takimi. Z tego powodu palę papierosy, zbieram kompakty i otaczam się ludźmi skazanymi na smutny koniec.

Hernanowskie widma mają jednak szansę na długie trwanie w wytworach kultury. Choć uchwycone na zdjęciu wyglądają, jakby się poruszały: oplatają się wokół nas, ślizgają po szyi, owijają się wokół ramienia, pulsują i drżą. Co by to było, gdyby je sfilmować? Można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z tajemniczymi istotami z innego wymiaru obdarzonymi niemniej tajemniczym życiem. To oczywiście ułuda, niemniej – urokliwa. Doskonale wyobrażam sobie film science-fiction lub grozy zbudowany na takim pomyśle. Komedia również byłaby całkiem niezła. Można również z nich wróżyć, bawiąc się w odgadywanie, jakież to treści niosą ze sobą, albo, co jeszcze lepsze, sondować na ich podstawie nastrój, w jakim znajduje się dany użytkownik sieci. To wszystko jest oczywiście niedorzeczne i głupie, niemniej moim zdaniem – bardzo piękne.

“Niewidzialne stało się widzialne. Sfotografowaliśmy ducha. To jest, proszę państwa, wielka sprawa”

Hernan3

Skala makro również kusi. Idę o zakład, że raczej prędzej niż później powstanie mapa jakiejś metropolii sklecona pod kątem obecności widm, nasycenia widmami w tej czy innej dzielnicy. Kto wie, może nawet otrzymamy zdjęcie całej Ziemi spowitej przez kolorowe wstążki? Nadaktywna wyobraźnia podpowiada zdjęcia kosmosu wykonane przy użyciu Luisowej technologii. Odkrycie planety spowitej przez widma mogłoby cokolwiek zrewolucjonizować nasz pogląd na temat własne roli we Wszechświecie. No i zbrojenia ruszyłyby pełną parą. Oczywiście się śmieję.

Śmieję się, ale naprawdę chciałbym, żeby wynalazek Luisa Hernana wszedł do powszechnego użycia, najlepiej za sprawą jakieś aplikacji. Sprawiłbym sobie ją natychmiast i tropił to, co niewidzialne. Wydaje mi się to daleko ciekawsze niż wynalazki w rodzaju Google Glass czy apki pozwalającej na samodzielne odkrywanie nazw gwiazdozbiorów. Niewidzialne stało się widzialne. Sfotografowaliśmy ducha. To jest, proszę państwa, wielka sprawa. A ja już nie tylko nie boję się WiFi, ale kocham je całą miłością, jaką mogę wycisnąć ze swojego robaczywego serca. Jest piękne i już.

No i mam nowe dziwactwo.

Share This Article

Related Topics

Styl życia

Read This Next

Read Full Story