Granice nowoczesnych możliwości

Od telektroskopu do radia z lufcikiem

Ochorowicz, doktor filozofii, zatrudniony wówczas na Uniwersytecie Lwowskim, zajmował się parapsychologią, spirytyzmem, hipnozą, telepatią, napisał książkę o wiedzy tajemnej Egiptu, ale tak naprawdę uważał, że wszystkie te wymykające się rozumowi zjawiska da się wytłumaczyć w sposób naukowy. Póki co rozumowemu pojmowaniu wymykała się także jego koncepcja zbudowania kolejnego po telefonie i fonografie przełomowego wynalazku – telefotonu, czyli „przyrządu telegraficzny do widzenia z odległości”.

Będzie to zwierciadło magiczne, a chodzi po prostu o to, ażeby z legendy zrobić rozdział fizyki” – tłumaczył Ochorowicz, zauważając, że skoro obrazu nie da się przenieść bezpośrednio przez ciała nieprzezroczyste, należy spróbować przenieść go za pośrednictwem jakiegoś „równoważnika elektrycznego”. Wynalazca zwrócił uwagę na niedawno odkryte właściwości selenu, który przepuszcza prąd w zależności od oświetlenia, co można by wykorzystać w telefotonie. „Widok jakiś, np. krajobraz okolicy, zostaje skupiony przez odpowiednie soczewki fotograficznego przyrządu na blaszce selenu i daje nam zwykły obrazek optyczny zmniejszonych rozmiarów. Prąd przechodzący przez blaszkę miałby różną siłę stosownie do punktu przejścia, tj. do oświetlenia. Mielibyśmy zatem możność przesyłania prądów elektrycznych, które razem wzięte byłyby równoważnikiem optycznego obrazu w jego światłach i cieniach” – tłumaczył Ochorowicz.

telefot

Wynalazca wyrażał także nadzieję, że jeśli nawet opartego na swoim pomyśle telefotonu nie ujrzy jeszcze tego samego roku w Paryżu, to za kilka lat będzie mógł, za pomocą stosownego przyrządu, oglądać Paryż nie wyjeżdżając ze Lwowa.

Ochorowiczowi wtórował Bolesław Prus: „Nie ruszając się z Warszawy będziemy mogli w najdrobniejszych szczegółach i tej samej godzinie zwiedzać Laponię i Saharę, podziwiać operę paryską i wybuchy wulkanu Krakatau”. Potrzebny był tylko ktoś, kto teoretycznym rozważaniom nada kształt działającego urządzenia.

W 1897 roku niespodziewanie próbę zbudowania aparatu do reprodukowania barwnych obrazów na odległość za pośrednictwem elektryczności, podchwycił 25-letni wówczas Jan Szczepanik. Początkujący, borykający się z dużymi kłopotami materialnymi konstruktor, który niedawno porzucił posadę wiejskiego nauczyciela, by zostać wynalazcą, postanowił wykorzystać pomysły Juliana Ochorowicza.

Szczepanik skonstruował telektroskop, nazywany również „dalekowidzem” – aparat składający się z nadajnika i odbiornika. W tym pierwszym obraz rozkładany był na punkty, a ich wartości świetlne przekształcane były na – łatwe w transmisji – wartości elektryczne, do czego – jak postulował Ochorowicz – wykorzystano właściwości selenu. W odbiorniku następował proces odwrotny, co pozwalało na odtworzenie przekazanego na odległość obrazu.

„Genialny młodzieniec dokonał tego, nad czym inni uczeni wynalazcy nadaremnie mózgi swe wysilali”. Projekt telektroskopu Jana Szczepanika.
„Genialny młodzieniec dokonał tego, nad czym inni uczeni wynalazcy nadaremnie mózgi swe wysilali”. Projekt telektroskopu Jana Szczepanika.

Telektroskop został opatentowany w Wielkiej Brytanii i w Stanach Zjednoczonych, przynosząc swojemu twórcy zasłużony rozgłos. „Genialny młodzieniec dokonał tego, nad czym inni uczeni wynalazcy nadaremnie mózgi swe wysilali” – pisał sprawozdawca tygodnika „Wędrowiec”.

Autor oryginalnego pomysłu nie był zazdrosny, a obaj naukowcy spotkali się i korespondowali. Co więcej, Ochorowicz zaproponował Szczepanikowi wykorzystanie opracowanego przez siebie systemu transmisji dźwięku, którym w ostatnich latach zachwycał francuskie salony. Dzięki temu, że stacja nadawcza telektroskopu zaopatrzona byłaby w mikrofon, a stacja odbiorcza w głośnik, przenoszonym na odległość obrazom towarzyszyłyby dźwięki!

Wszyscy bohaterowie artykułu, obok przesyłania obrazów na odległość, mieli również inne pasje. Julian Ochorowicz naukowymi metodami badał hipnozę (źródło: Mary Evans Picture Library).
Wszyscy bohaterowie artykułu, obok przesyłania obrazów na odległość, mieli również inne pasje. Julian Ochorowicz naukowymi metodami badał hipnozę (źródło: Mary Evans Picture Library).

Dziennikarz tygodnika „Światło” dostrzegając inne, nieoczywiste zalety dalekowidzu, pisał, że może on „przenosić w mgnieniu oka na dalekie przestrzenie nie tylko obrazy, lecz pismo i druki, która stacja odbierająca przy pomocy fotografii natychmiast może utwierdzić. W ten sposób świeżo wydrukowany dziennik w kilka chwil po opuszczeniu prasy drukarskiej dostępny będzie dla mieszkańców całej kuli ziemskiej”.

Mieczysław Wolfke w 1900 roku opatentował „telektroskop bez drutu”. Niestety, nie rozwijał koncepcji, zajęty projektem planetostatu – odrzutowego statku międzyplanetarnego.

Z kolei Mark Twain, słynny pisarz i przyjaciel Szczepanika, poświęcił telektroskopowi jedno ze swoich opowiadań, w którym wynalazek zyskuje powszechne uznanie i zostaje podłączony do „systemu telefonicznego we wszystkich krajach świata”, dzięki czemu „każdy może zobaczyć u siebie w mieszkaniu wszystko, co dzieje się na świecie”. Niestety, póki co wizja ta pozostać miała prawdziwa tylko w historiach z gatunku science-fiction.

Koncepcję Szczepanika na łamach tygodnika „Wszechświat” rozwijał inny polski wynalazca, Kazimierz Prószyński, konkurent braci Lumière i twórca pleografu. Swój aparat nazwał on telefotem. „Na stacji oddawczej zmuszamy jeden punkt świecący do przebywania drogi zupełnie jednakowej z drogą, według której odbywa się zbieranie punktów na stacji odbiorczej – pisał Prószyński. – Oświetlenie tego punktu czynimy zależnym od siły prądu, tak że punkt jaśnieje lub przyciemnia się, wreszcie gaśnie, odpowiednio do promieni rzucanych na selen na stacji poprzedniej. W razie nadzwyczajnie szybkiego ruchu otrzymamy wrażenie obrazu, tak jak przy obracaniu rozżarzonego węgla otrzymujemy koło świetlne. Główną część zadania w aparacie moim spełniają wirujące na obu stacjach bąki. Jeden z nich zbiera wszystkie punkty obrazu, drugi je oddaje”.

Jeszcze dalej poszedł Mieczysław Wolfke, wówczas 17-letni uczeń szkoły realnej w Sosnowcu, który w 1900 roku ogłosił i opatentował wynalezienie „telektroskopu bez drutu”, przenoszącego obrazy za pomocą fal elektromagnetycznych. Niestety, młody naukowiec, choć jego pomysł zaciekawił ówczesną prasę, a entuzjastyczne recenzje wystawili mu członkowie lwowskiego Towarzystwa Politechnicznego, nie rozwijał swojej koncepcji, zajęty projektem planetostatu – odrzutowego statku pozwalającego docelowo na komunikację międzyplanetarną, a przynajmniej na loty na Księżyc.

Tu jednak historia aparatu, dzięki któremu – jak chciał Twain – „każdy może zobaczyć u siebie w mieszkaniu wszystko, co dzieje się na świecie”, przenosi się w inne rejony świata. Urządzenia tego ostatecznie nie wynaleźli Polacy. Dopiero ćwierć wieku później szkocki inżynier John Logie Baird przeprowadził pierwszą publiczną transmisję telewizyjną, a także zdołał przesłać sygnał telewizyjny z Londynu do Nowego Jorku. Narodziła się telewizja.

Tymczasem Julian Ochorowicz przeszedł do historii jako twórca mikrofonów i telefonów, a także wyprzedzający Freuda prekursor psychologii nieświadomości. Jan Szczepanik zmechanizował tkactwo oraz był pionierem w zakresie fotografii i filmu barwnego. Kazimierz Prószyński stworzył aeroskop – pierwszą ręczną kamerę zdjęciową i amatorski aparat filmowy Oko. Mieczysław Wolfke został uznanym na świecie fizykiem i odkrywcą naukowych podstaw holografii.

A telewizja? Co ciekawe, już w 1929 roku, zaledwie kilka lat po eksperymentach Bairda, można było ten wynalazek zobaczyć na Powszechnej Wystawie Krajowej w Poznaniu. Działający nadajnik i odbiornik skonstruowano na podstawie patentu Stefana Manczarskiego – inżyniera, twórcy anten i aparatów radiowych, a do tego… parapsychologa i telepaty. To właśnie wtedy Polacy na własne oczy mogli zobaczyć to, co wymarzyli sobie Ochorowicz i Szczepanik. Dalsze eksperymenty zostały jednak zatrzymane przez brak funduszy, jako że czas Wielkiego Kryzysu nie sprzyjał inwestycjom w nowoczesne technologie.

Jednak gdy w 1936 roku Niemcy zorganizowali telewizyjną transmisję igrzysk olimpijskich w Berlinie (obraz wydarzeń sportowych docierał do 19 odbiorników połączonych kablowo do sygnału z trzech kamer), dla wszystkich stało się jasne, że telewizja to coś więcej niż chwilowa moda. Już rok później w warszawskim wieżowcu Prudential uruchomiono eksperymentalną stację telewizyjną, a na dachu budynku zainstalowano 27-metrową antenę nadawczą.

Wieżowiec Towarzystwa „Prudential” w Warszawie. Na dachu widoczna antena nadawcza.
Wieżowiec Towarzystwa „Prudential” w Warszawie. Na dachu widoczna antena nadawcza.

5 października 1938 roku w Warszawie wyemitowano wreszcie obraz telewizyjny: na dwóch aparatach można było oglądać film „Barbara Radziwiłłówna” z Jadwigą Smosarską w roli głównej oraz krótki występ Mieczysława Fogga. „Zaśpiewałem »Ostatnią niedzielę« – wspominał piosenkarz – ale nigdy się nie dowiedziałem, jak wypadłem. Nie wiem, kto mnie oglądał, bo przecież nikt ze znajomych nie miał jeszcze telewizora”. Istotnie, koszt telewizora (nazywanego wówczas „tele-superheterodyną z okiem elektrycznym”) wielokrotnie przekraczał finansowe możliwości prywatnych odbiorców, a zasięg stacji eksperymentalnej oceniano na 20 kilometrów.

Uruchomienie stałego programu telewizyjnego zaplanowano na rok 1940, lecz wybuch wojny zniweczył te zamierzenia. Ostatecznie telewizja miała trafić do Polski dopiero na początku lat 50.

Odbiornik wyprodukowany przez laboratorium doświadczalnej telewizji Polskiego Radia w 1939 roku
Odbiornik wyprodukowany przez laboratorium doświadczalnej telewizji Polskiego Radia w 1939 roku

Genialny felietonista Stefan Wiechecki tłumaczył wtedy istotę tego wynalazku Polakom. Otóż telewizja – pisał Wiech – to nic innego, jak „radio z lufcikiem” – „żeby było widać, co się w środku dzieje”.

Teraz siedziem przed radiem jak ciemniaki i na słowo musiem wierzyć w każdy bajer, jaki nam derekcja radia zakłada. Słyszymy, dajmy na to, tak zwany reportaż z pustyni i puszczy. Noc ciemna jak wielkie nieszczęście, tylko blady księżyc oświetla Beduina, któren pędzi co koń wyskoczy, za niem z fatalnym rykiem zapycha tygrys… A jak jest naprawdę? W biały dzień w ciepłym pokoju siedzi dwóch facetów. Jeden za pomocą dwóch połówek włoskiego orzecha odstawia tętent konia, drugi trzyma na kolanach kota i ściska go za ogon. Kot ryczy jak trzech tygrysów. Przy telewizji tego już nie będzie”.

TVP 1939 reklama tytułowa ilustracja

Ale najwięcej się cieszę – podsumowywał Wiech – że przyszła czarna godzina na tego lebiegie, co o szóstej rano gimnastykie uskuteczniać nas zmusza, a sam pod kordłą leży. Przysiad, owszem, ale razem. Wyłaź pan spod kordły, bo radiosłuchacze w lufcik patrzą”.

O takich zaletach telewizji na pewno nie pomyśleli ani Ochorowicz, ani Szczepanik.

Udostępnij ten artykuł

Podobne tematy

Nauka

Przeczytaj w następnej kolejności

Read Full Story