Technologia w służbie oświaty

Przeszłość ludzkości spotyka technologię przyszłości

Zapraszamy w podróż po najnowocześniejszych muzeach na świecie – takich, które drukarki 3D, Google Glass i całą tę nową technologię zaprzęgły do prezentowania zbiorów liczących niekiedy tysiące lat. Prosimy nie odłączać się od grupy i przypominamy, że w trakcie zwiedzania nie wolno dotykać eksponatów!

W 2013 roku Cleveland Museum of Art zainstalowało największy w Stanach Zjednoczonych ekran dotykowy. Potwór ów liczy sobie półtora metra wysokości i dwanaście metrów szerokości. Wyświetlane są na nim ponad cztery tysiące eksponatów z zasobów muzeum. Zestaw obiektów co 40 sekund układa się w nową aranżację, dając odwiedzającym szansę dowiedzenia się jak najwięcej o danym dziele sztuki. Z myślą o zwiedzających przygotowano stosowne filmy, muzykę, ale też różnorodne zabawy. Jedna z propozycji: stań przed kamerą, zrób groźną minę, a za chwilę na ekranie zobaczysz wszystkie wykrzywione w grymasie twarze ze wszystkich dzieł sztuki zgromadzonych w CMoA. Inna opcja: ułóż na nowo elementy z „Martwej natury z biszkoptami” Picassa. Albo zamień gobelin przedstawiający mit Perseusza w komiks.

Ekran współpracuje też z aplikacją na wypożyczane na miejscu tablety, dzięki której odwiedzający mogą sami wybrać trasę po CMoA, nazwać ją i udostępnić w bazie, by podążali nią w przyszłości inni.

Jeśli chodzi o fuzję XXI-wiecznej techniki i sztuki, Cleveland Museum of Art ma bezprecedensowy rozmach.

 

Cleveland Museum of Art nie jest ani pierwszym muzeum, które wykorzystało touch-screeny, ani pierwszym, które pozwala odwiedzającym na skomponowanie własnej trasy po wystawach, ale to właśnie tam skierowane są zazdrosne spojrzenia wszystkich muzealników na świecie. To dlatego, że amerykańska instytucja osiągnęła idealną równowagę między supernowoczesnymi formami prezentacji zbiorów a starym, dobrym zwiedzaniem. No i robi to z rozmachem.

Równie ambitny jest projekt “Cultural Heritage Experiences through Socio-personal interactions and Storytelling”, zwany po ludzku: CHESS. Zainstalowano go w Muzeum Akropolu i Cité de l’Espace w Tuluzie. Chodzi w nim o to, by jak najbardziej spersonalizować wizytę w muzeum. Po co tracić czas na rzeczy, których oglądanie nas nie interesuje? Lepiej najpierw wejść na stronę instytucji i wybrać jedną z dwóch opcji: wybór preferencji na podstawie tego, co zamieściliśmy na naszym profilu facebookowym lub quiz. Już w muzeum, gdy wypożyczymy na wejściu tablet, dostaniemy do ręki gotowy plan przeznaczonej wyłącznie dla nas wycieczki po budynku. Co więcej, naszym zdigitalizowanym przewodnikiem będzie jedna z kilkudziesięciu postaci, odpowiadająca nam najbardziej charakterem. Może będzie to bohater mitu, albo zwyczajna mieszkanka Aten sprzed tysięcy lat?

Czy projekt CHESS pozbawi pracy muzealnych przewodników?

 

Jeśli szukacie interaktywności i zindywidualizowania wystaw – zapraszamy do Muzeum Brytyjskiego, gigantycznego londyńskiego muzeum historii starożytnej, które wykorzystuje nie rozszerzoną rzeczywistość, a coś więcej: partyzancką rozszerzoną rzeczywistość.

Czym, u licha, jest tzw. guerilla augmented reality? Powiedzmy, że jesteś artystą. Nie sławą w rodzaju Damiena Hirsta, ale kimś, kto nie ma takiej renomy. Nazywasz się, powiedzmy, Sander Veenhof. Chciałbyś, by twoje prace trafiły do najlepszych galerii świata, ale szanse na to w tym fachu są nikłe. Tu trzeba lat pracy i sporo fuksa. A może wystarczy pomysł? Veenhof, który jest postacią autentyczną oraz jego koledzy z kolektywu Manifest AR ominęli barykadę w postaci kuratorów, krytyków i dyrektorów, wystawiając w 2010 roku swoje dzieła w słynnej nowojorskiej MoMA, a w 2011 roku: na weneckim Biennale Sztuki. Za każdym razem bez zezwolenia. Wszystko za sprawą rozszerzonej rzeczywistości. Po prostu, przed wejściem na wspomniane wystawy poinformowali widzów o stworzonej przez nich aplikacji na urządzenia mobilne, która pozwalała zobaczyć ich dzieła wystawione wirtualnie (i nielegalnie), obok sztuki wybranej przez kuratorów. Nazwano to „interwencją artystyczną”.

Artyści z Manifest AR wystawili swoje pracę w nowojorskiej MoMA. Choć MoMA wcale ich nie zapraszała.
Artyści z Manifest AR wystawili swoje pracę w nowojorskiej MoMA. Choć MoMA wcale ich nie zapraszała (fot. Manifest AR)

Muzeum Brytyjskie postanowiło mieć swoją „partyzantkę AR” i swoją „interwencję”. Pomógł im w tym Adrian Hon, pisarz sci-fi i twórca gier. Stworzona przy jego pomocy aplikacja znalazła zastosowanie na wystawie zabytkowych zegarów – młodzi zwiedzający mogli wybrać dowolny eksponat z kolekcji, a później, za pomocą Photoshopa, przekształcić go w czasomierz własnej konstrukcji. Ten trafiał do wirtualnej bazy, a w końcu: do galerii, z tym że widzieli go jedynie odwiedzający, którzy korzystali z aplikacji AR.

To nie jedyna innowacja, którą ma Muzeum Brytyjskie. W zeszłym roku poszli w ślady nowojorskiego The Metropolitan Museum of Art i udostępnili kilkadziesiąt prac ze swych przepastnych zbiorów do wydruku w 3D. Skany dzieł sztuki w obydwu muzeach nie są może idealne, ale jakież to stwarza możliwości. Od tej pory kamienne lwy strzegące bram wjazdowych do polskich pseudo-dworków mogą zostać zastąpione przez popiersia Zeusa z I wieku n.e., czy liczącą sobie ok. 600 lat podobiznę azteckiego boga Xiuhcoatla.

„Ciężarna flaga” Davida Datuny. „Za sprawą Google Glass ‘Portret Ameryki’ dostarcza pytań”, tłumaczył autor (fot. Smithsonian Mag/David Datuna)
„Ciężarna flaga” Davida Datuny. „Za sprawą Google Glass ‘Portret Ameryki’ dostarcza pytań”, tłumaczył autor (fot. Smithsonian Mag/David Datuna)

Nie znaczy to, że technika ma służyć jedynie do pokazywania antyków. Kolosalny Instytut Smithsona w lutym 2014 po raz pierwszy zaoferował odwiedzającym użycie Google Glass. Okulary Google przydały się do podziwiania pracy Davida Datuny „Portret Ameryki”. Datuna stworzył olbrzymią amerykańską flagę pokrytą setkami soczewek zwyczajnych okularów, pod którymi kryją się portrety ważnych dla USA postaci, od George’a Washingtona, Johna F. Kennedy’ego, Martina Luthera Kinga, po Lady Gagę. Artysta nazwał to „ciężarną flagą”. Rzecz sama w sobie jest imponująca, a oglądana przez Google Glass nabiera życia: urządzenie wykrywa, gdzie kierujemy wzrok i ożywia portret, na który patrzymy. Jeśli to zdjęcie Baracka Obamy – obejrzymy i usłyszymy jego mowę z okazji 50. Rocznicy Marszu na Waszyngton, jeśli Tom i Jerry – klip z kultowej kreskówki, itd.

Dyrygować Wiener Philharmoniker nie jest rzeczą prostą.

 

„Interaktywność” to dziś słowo-klucz dla dyrektorów muzeów na całym świecie. Stawia na nią i nowo otwarte Muzeum Historii Żydów Polskich, gdzie ożywiono ożywione ryciny Müntza i Norblina, i wiedeński, poświęcony muzyce Haus der Musik (Dom Muzyki), gdzie goście mają możliwość dyrygowania Filharmonikami Wiedeńskimi.

„Dear Esther” – intrygująca gra komputerowa, która „grą” jest w cudzysłowie, może posłużyć np. archeologom.

 

Ale co tam zwykła interaktywność. Mamy już znacznie odważniejsze wizje muzealnej przyszłości, jakkolwiek dziwnie by to wyrażenie nie brzmiało. Jedną z nich jest wykorzystanie zestawu Oculus Rift i gry – jeśli tak można nazwać ten eksperyment – „Dear Esther”. W „Dear Esther” podróżujemy przez bezludną hebrydzką wyspę podążając za głosem narratora, czytającego list do kobiety o imieniu Esther. Występuje tam doza losowości, ale nie ma mowy o celu, czy konkretnych zadaniach dla „gracza”. Wyobraźmy sobie teraz, że zamieniamy Hebrydy na, dajmy na to, miejsce wykopalisk archeologicznych, a Esther na mieszkankę dawnego grodu i udostępniamy Oculusa zwiedzającym.

Efekt? Właściwie, trudno przewidzieć. Może będzie to kompletnie nowe doznanie, a może rację ma Wendy Earle z University of London, która zarzuciła niedawno muzealnikom, że gonią za króliczkiem nowoczesności zapominając o starej prawdzie: że nic nie przebije bezpośredniego, niezakłóconego przez tablety i ekrany dotykowe kontaktu z wielką historią.

 

 

Share This Article

Related Topics

Edukacja

Read This Next

Read Full Story