Granice nowoczesnych możliwości

Twarz boga widziana z bliska

Kiedy młodzi bogowie strącili Kronosa do Tartaru, postanowili podzielić świat między siebie, zdając się na losowanie, pod strażą cyklopów. Najmłodszemu, Zeusowi przypadło królestwo ludzi, Posejdonowi morza i oceany, a Hades musiał zadowolić się światem podziemi. Posejdon wyraźnie niezadowolony z takiego rozdania wielokrotnie wojował z Zeusem, natomiast Hades nie zgłaszał żadnych zastrzeżeń. Wydaje mi się, że królestwo podziemi pasowało do jego melancholijnego, zasadniczego charakteru. W odróżnieniu od boskiego rodzeństwa, raczej nie wikłał się w romanse ani konflikty, zaś swoją Persefonę miłował dojrzale. Od cyklopa, prócz czarnego tronu, otrzymał również czapkę z psiej skóry. Czyniła go niewidzialnym i zakładał ją w tych nielicznych wypadkach, gdy musiał przebywać wśród ludzi. Wygląda na to, że był bardzo dobrze wychowanym bogiem i nie chciał nikogo kłopotać swoją obecnością. Nawet jego imię oznacza: niewidoczny. Po raz pierwszy zobaczyliśmy go dopiero osiemdziesiąt pięć lat temu, twarz zaś odsłonił dopiero w te wakacje. Dziś nosi jednak imię rzymskie. Zwiemy go Plutonem.

https://youtu.be/rBdFr7QuKyY

W 1930 roku astronom Clyde Tombaugh wykonywał mrówczą robotę, przeglądając i porównując ze sobą zdjęcia kosmosu. To zadanie budzi szacunek: przypuszczalnie całymi dniami garbił się nad stosami ogromnych odbitek, przyrównując kropkę do kropki, zawijas mgławicy do ogonka komety. Wreszcie znalazł jeden, bardzo szczególny punkt. Początkowo przypuszczał, że to co innego, mityczna planeta X, Nibu, Marduk, którą tak bardzo chciał odnaleźć. Punkt okazał się jednak Plutonem, bóstwem skromnych rozmiarów, krążącym ospale u granic znanego nam świata. Średnio licząc, sześć miliardów kilometrów od nas. Towarzyszy mu Charon i Styks. Zabrakło wiernego Cerbera, a Persefona najwyraźniej uciekła w głęboki kosmos, gdzie ma lepsze rzeczy do roboty. Clyde Tombaugh dokonał swojego odkrycia w wieku 24 lat. To naprawdę coś! Ktoś, kto znajduje nową planetę (nawet karłowatą) w tak młodym wieku musi mieć fantastyczne życie przed sobą i może zajmować się czymkolwiek: pływaniem w kajaku, seksem grupowym, albo machaniem kulasami do końca życia. To samo zresztą dotyczy tego fantastycznego faceta, który wylądował na komecie. Zrobić wszystko w młodym wieku, jak to musi być? Ja przecież wciąż usiłuję zrobić cokolwiek, stojąc u progu czterdziestki.

Wielkość Plutona i Charona w porównaniu do Ziemi obliczona na podstawie precyzyjnych pomiarów dokonanych przez sondę New Horizon.
Wielkość Plutona i Charona w porównaniu do Ziemi obliczona na podstawie precyzyjnych pomiarów dokonanych przez sondę New Horizon.

Po osiemdziesięciu pięciu latach wreszcie zobaczyliśmy twarz Plutona. Stało się tak dzięki sondzie New Horizons, wypuszczonej w kosmos w 2006 roku. Zrobiła zdjęcie Jowiszowi i teraz leci dalej, ku pięknym tajemnicom Pasu Kuipera. Co jeszcze zobaczy? I co my zobaczymy? Lodowatą Eris czy czerwoną Sednę? Te dwa ciała niebieskie gdzieś tam sobie krążą. Może też trącić ogon jakieś komety. W gruncie rzeczy, tej przepięknej sondzie wolno wszystko. Ma paliwa na dwadzieścia lat. Później zgaśnie, lub może lepiej – uwolni się od nas i poleci tam, gdzie będzie miała ochotę. Nie rozumiem większości rzeczy na tym świecie, lecz mało co jest wstanie mnie zachwycić. Tu jednak niewiedza miesza się z radosnym zdumieniem. Pudło wielkości przyczepy kempingowej zdołano wysłać w kosmos i nakierować tak, by cyknęło zdjęcie planecie odległej o wspomniane już trzy miliardy kilometrów, trafiając do tego w odpowiedni punkt na jej dziwacznej trasie orbitalnej. Runda Plutona wokół Słońca wynosi 284 lata. Weź celuj w takiego. Jak to w ogóle było możliwe? Ludzie, którzy do tego doprowadzili, nie powinni płacić podatków do końca życia.

 

Twarz Plutona rzeczywiście nasuwa skojarzenia z obliczem bóstwa obojętnego na sprawy żyjących. Smagana wiatrem powierzchnia pomarszczyła się jakby od głębokiego namysłu. Przecinają ją zastygłe rzeki azotu – nic nie może płynąć na tej nieprzyjaznej ziemi. Skalista powłoka przypomina skórę starca, wywołując wrażenie, że bóg otworzy swoje mądre, smutne oko. Zdjęcia z New Horizons obiegły świat, doczekując się wielu radosnych przetworzeń. Istnieją już pejzaże z Plutona, malowane z perspektywy astronauty, który tam wylądował: ogromny, szary Charon wisi nad pogarbionymi łańcuchami gór, a języki lodu schodzą ku dolinom, gdzie nic nie żyje i nigdy nie będzie (myśl, że nikt nigdy nie namaluje obrazu, stojąc na Plutonie, napawa mnie głębokim smutkiem – czym nie można się przejmować, bo smucą mnie nawet sute przelewy). Trwa porównywanie Plutona z Australią, czynione są też starania o przywrócenie mu statusu planety, czyli odebranie karłowatości. Z kolei obrys Niziny Sputnika nasunął pewnemu internaucie skojarzenia z kształtem serca. Inny geniusz dopatrzył się tam przyrodzenia. Każdemu co jego, rzekłbym. Ważne, że Pluton żyje i jest istotny dla innych.

Nie tylko on. Trwa przecież wielki festiwal kosmosu. Brak mu spektakularności z czasów Gagarina i Armstronga, lecz z narzekania nic nam nie przyjdzie. Okres heroiczny podboju kosmosu minął i cześć. Niemniej, ciągle coś się dzieje. Najpierw ciekawski łazik cykał zdjęcia z powierzchni Marsa, później wylądowaliśmy na komecie (Na komecie! Ja cię kręcę!), a teraz New Horizons przeleciał Plutonowi koło nosa. Te wydarzenia – podobnie jak lot Gagarina i kolejne misje Apollo – nie cieszą jedynie garstki jajogłowych, lecz kręcą miliony, stanowiąc uciechę tak zwanej ludożerki. Radość tę mam za ważną i pożyteczną. Ufam, że będzie z nami jeszcze długo.

tn-p_lorri_fullframe_color

A będzie, bo eksploracja kosmosu, moim skromnym zdaniem, zyskała wymiar medialnego widowiska w rodzaju dawnych reality shows. Góruje jednak nad nimi pod każdym względem. Każda odsłona przygód Curiosity doczekała się transmisji, a kolejne marsjańskie zdjęcia cieszyły się zainteresowaniem na podobieństwo fotek durnych celebrytów cykanych przez paparazzi. Osobiście wolę kawałek czerwonej skały od tyłka Kim Kardashian, choć dopuszczam możliwość, że ktoś może mieć odmienną opinię. Relacja z lądowania na komecie również dzieliła się na szereg odsłon i obfitowała w szczegóły. Z New Horizon nie było już tak łatwo. Im dalej od Ziemi, tym trudniej o połączenie, za to show potrwa aż szesnaście miesięcy. Tyle bowiem wyniesie transfer wszystkich zdjęć. Jestem przekonany, że ekscytacja kosmosem będzie trwała, podsycana przez różne fajne działania astronomów, astronautów i innych speców. Mało tego, nie zdziwiłbym się nawet, gdyby za jakiś czas (piętnaście lat, powiedzmy), rozpoczęto emisję reality show o jakichś przypadkowych ludkach umieszczonych na stacji orbitalnej, albo i na Księżycu. Mowa o takim kosmicznym „Big Brotherze”. W końcu Łysy z Brazzers niedługo leci w kosmos na fikoły. Przecieraj szlaki innym, chłopie!

Image converted using ifftoany

 

Clyde Tombaugh zmarł w 1997 roku. Wierzę, że miał fantastyczne życie, a gdy rozmyślam o jego losach pośmiertnych, odczuwam żal z prostego powodu: przykro mi, bo po śmierci nie ma nic. Nie czeka nas ani niebo, ani piekło, ani nawet Styks z Tartarem, nie dokona się wędrówka dusz, tylko wszyscy pójdziemy w piach (Tombaugh jest jednym z nielicznych wyjątków). Ta zazwyczaj przykra dla większości prawda w niczym mi nie przeszkadza. Nawet cieszę się troszeczkę z perspektywy nieistnienia. Co mnie smuci? Otóż prochy Clyde’a Tombaugha władowano do New Horizons i wystrzelono w kosmos, a on o tym nie wie. Niedawno przeleciał koło planety, którą odkrył i nie ma o tym pojęcia bo jest, psia krew, martwy. Nie ma już Clyde’a Tombaugha i nigdy nie będzie. A chciałbym, żeby był i wiedział o tych prochach. Wyobrażam go sobie teraz przycupniętego na górce, gdzieś w królestwie podziemi. Przykłada oko do lunety, a mrowie gwiazd wiruje przed nim w wielkim tańcu, tuż na wyciągnięcie ręki. Oczywiście widzi też swojego Plutona, New Horizons z własnym spopielonym ciałem i uśmiecha się do siebie. Radosny cień w królestwie umarłych jest jak kosmos: to coś niewyobrażalnie pięknego.

Fot. NASA

Udostępnij ten artykuł

Podobne tematy

Nauka

Przeczytaj w następnej kolejności

Read Full Story