Ludzkość schodzi na psy. I koty. Jeśli mierzyć zainteresowanie zwierzakami liczbą filmów z ich udziałem w Internecie, jesteśmy cywilizacją ogarniętą manią na punkcie czworonogów. A jeżeli ktoś nie wierzy, niech zobaczy, jakie gadżety wymyślono ostatnio dla naszych futrzastych podopiecznych. Z małą uwagą: mam wątpliwość, czy wszystkie te cudeńka spotkają się z radosnym merdaniem ogonem i mruczeniem.

Weźmy taki PetChatz. Niby nie ma nic złego w tym, że ktoś chce mieć stały kontakt ze swoim zwierzakiem, bez względu na to, czy jest się w pracy, czy w podróży. Mimo to pomysł na psio-ludzki komunikator wydaje mi się ciut ekstrawagancki. PetChatz to elektroniczne urządzenie, które może być sterowane zdalnie za pomocą laptopa, bądź smartfonu. Ma wyświetlacz, kamerę, mikrofon i głośnik, dzięki którym nasz czworonóg i my będziemy w – jakże ważnym dla wspólnej relacji – kontakcie wzrokowo-głosowym na zawołanie.

Hau, hau! Tu jestem! - czyli PetChatz.
Hau, hau! Tu jestem! – czyli PetChatz.

Ma też coś jeszcze: funkcje nagradzania. Jeśli Reksio, Lord, Puszek, czy inna Muszka ładne zamerdają ogonem na widok właściciela, ten może nagrodzić zachowanie przysmakiem (dozownik wbudowany jest w urządzenie), albo, uwaga, uwaga: ulubionym zapachem, bo PetChatz ma i taką opcję. Producenci dodają do urządzenia dziesięć buteleczek z odpowiednimi mieszankami olejków, które uspokoją naszego pupilka. Co ciekawe, w składzie jest i jojoba, i majeranek, i wetiweria, i lawenda, i pomarańcza. Czy naprawdę psy to lubią? Producenci mówią, że tak, nie będę się kłócić.

Suczka Sandy jest z PetChatza zachwycona. Ale czy to z miłości do swojej pani, czy z miłości do jedzenia, nie wiadomo.

Można tez kupić podobny gadżet dla kotów. Nazywa się Kittyo, ma niemal wszystko to, co PetChatz, prócz zapachów i jedną funkcję, której PetChatz nie posiada: laserowy wskaźnik. Możemy znajdować się tysiąc kilometrów od domu, jednocześnie obserwując, jak nasz mruczek odchodzi od zmysłów uganiając się po pokoju za sterowaną przez nas czerwoną kropką. Kittyo ma jednak pewien feler. Z włączonym laserem niepokojąco przypomina robota-zabójcę z filmów science-fiction z lat 80. Ja bym czegoś takiego w domu nie postawił. Zresztą, oceńcie sami (patrz ilustracja główna).

A propos kotów i Internetu: w sieci jest sympatyczny mem, na którym kocur z typowo pogardliwą miną stoi przed drzwiami, uchylanymi przez właściciela. „Nie, tym razem też nie chcę wcale wyjść”, mówi na zdjęciu, „po prostu chcę popatrzeć jak trafia cię szlag, kiedy musisz po raz dziesiąty otwierać mi drzwi”. Pewnym rozwiązaniem na te kocie złośliwości są zwykłe klapy w drzwiach. Niestety, po pierwsze – nie chronią przed intruzami z zewnątrz. Jeśli jakiś napalony kocur wyczuje waszą kotkę w rui, albo po prostu darmową wyżerkę, możecie spodziewać się wtargnięć. Po drugie: przy dwóch kotach w domu zdarza się, że jeden musi zostać w środku (na przykład po zabiegu u weterynarza), podczas gdy drugi chce wyjść. W sukurs kociarzom przyszła firma SureFlap, której klapki wykorzystują identyfikację zwierzaka na podstawie jego chipu, tego samego, który wszczepia weterynarz. Nawet jeśli niesforny zwierzak znajdzie wyjście i da nogę – nie ma sprawy, klapka wpuści uciekiniera. Niektóre klapki tej firmy mają też funkcję „godziny policyjnej”. Nie brzmi najlepiej, ale daje komfort właścicielom.

Plusy wynalazku? Dla opiekunów kociaków są oczywiste: czasy łapania za klamkę przy każdym miauknięciu się skończyły. Koniec z dręczeniem pańci i pańcia. Minusy? Dla kotów też są bezdyskusyjne: czasy łapania za klamkę przy każdym miauknięciu się skończyły. Koniec z dręczeniem pańci i pańcia, ech…

A teraz coś dla zawodowych hodowców lub psiarzy z obsesją kontroli. Na rynku nie brakuje obroży z nadajnikiem GPS, dzięki którym możemy namierzyć nasze ukochane „ogony”, ale FitBark, Voyce czy WonderWoof to zupełnie inny poziom.

Obroże i dołączone do nich aplikacje nie tylko sprawdzą, gdzie znajduje się piesek, ale i zbiorą setki danych. W efekcie przypominają raczej monitorowanie wydajności piłkarzy w najlepszych klubach sportowych, niż gadżet dla ulubieńca. Dowiemy się z nich, ile kilometrów piesek przebiegł, ile godzin spał, a ile przeznaczył na zabawę. Wszystko pokazywane w czasie rzeczywistym. Możemy też, w przypadku nadwagi naszego pupilka, wyznaczyć cele „treningowe” pieska i liczyć spalone kalorie, połączyć się z innymi użytkownikami aplikacji, dowiedzieć się, kiedy czas zwierzaka nakarmić, kiedy go wyszczotkować, a nawet jaki jest jego puls, uff…

Cała skomplikowana statystyka psiej aktywności podliczona jest w punktach i pokazana na wykresach, których nie powstydziłby się najlepszy specjalista od medycyny sportowej, proszę:

Oprogramowanie FitBark w wersji na iPhone'a.
Oprogramowanie FitBark w wersji na iPhone’a. Dane przesyłane z obroży informują o aktywności pupila.

Na deser coś, o czym pewnie marzy wielu właścicieli zwierząt, a co wydaje mi się najbardziej niedorzeczną z wszystkich wymienionych powyżej nowinek technologicznych. Translatory mowy ludzkiej na język czworonogów i vice versa. W pierwszym przypadku mówimy o Human-to-Cat Translator, aplikacji na Androida dla właścicieli kotów. W drugim, o wciąż opracowywanej technologii No More Woof dla psów.

Human-to-Cat Translator to 175 sampli kocich „rozmów”, do których głosów użyczyło 25 futrzaków. Czy to działa? Trudno powiedzieć. Sens tego typu wynalazków wydaje się wątpliwy, jako że naukowcy zgadzają się, że w przypadku zwierząt większa waga przywiązywana jest do bodźców zapachowych, niż wizualno-dźwiękowych. A z przeprowadzanych domową metodą testów, które można znaleźć na YouTube wynika, że pewne jest tylko, iż Human-to-Cat Translator koty złości. Mógł to przewidzieć każdy, kto choć trochę zna się na tych zwierzętach i sądzę, że pani na poniższym nagraniu słusznie się oberwało:

No More Woof jako żywo przypomina scenę z kreskówki „Up”, w której bohaterowie poznają psa Duga. „Siad, piesku!”, mówi w filmie dzieciak i animowany zwierzak siada. „Podaj łapę!”, a Dug ochoczo wykonuje polecenie. „Daj głos!”, pada komenda, na którą Dug odzywa się perfekcyjną angielszczyzną: „Czołem!”.

Dug mógł mówić za sprawą specjalnej obroży i taki sam cel mają Szwedzi ze Studio Total, którzy chcą analizować natężenie prądu w psim mózgu za sprawą przenośnego EEG o nazwie Epoc.

Projekt powstał jako rodzaj żartu, Tomas Mazetti założył się z bratem, że Epoc mógłby odczytać stan umysłu psa ich mamy. „To nie takie trudne”, tłumaczył, „Jeśli pies jest naprawdę spokojny, śpiący, lub zły, łatwo to zobaczyć”.

Z czasem koncept wzbudził zainteresowanie mediów, a Studio Total postanowiło zbierać na rozwój projektu pieniądze na stronie crowdfundingowej Indiegogo. Osiągnęli cel finansowy w dwa miesiące, choć uczciwie dodają, że droga od kreskówki do rzeczywistości jest wyboista i bardzo daleka, i że sponsorzy raczej dotują badania naukowe, niż konkretny produkt.

Ja autorom pomysłu dedykuję piosenkę, w której podmiot liryczny radził sobie z psem bez technologii:

P.S. Podczas pisania tego artykułu Pepe i Daktyl, koty autora, demonstrowały irytację wynikającą z braku pieszczot notorycznymi spacerami po klawiaturze komputera. Że też na to nie wymyślono żadnej apki…

P.P.S. Pomijając irytację chwilowo nie pieszczonych Pepe i Daktyla, podczas pisania tego artykułu nie ucierpiał z winy autora żaden pies ani kot. 

Share This Article

Related Topics

Styl życia

Read This Next

Read Full Story